poniedziałek, 30 czerwca 2008

ostatni dzień

Wiedną kwiaty na moim stole, lecz nie więdniemy my. Nastały spokojne dni. Wszystko toczy się powoli i normalnie. Robimy rutynowe rzeczy, oglądamy obyczajowe filmy, słuchamy nastrojowej muzyki. Trwamy. Zaczynam lubić ten prosty spokój.

niedziela, 29 czerwca 2008

:)

Kryzys mija. Czuję się dobrze. Jestem szczęśliwa. Nabieram sił.
Niebo znów jest niebieskie, słonie znów są czerwone!

sobota, 28 czerwca 2008

kocham Cię, ale idę spać

Tak mu czasami mówię na dobranoc. Gdy nie ma już nic do zrobienia, nic do powiedzenia. Minęło kilka dni na zwiększonych obrotach. Dzisiejszy był na wolnych, a mimo tego najgorszy. Bo jeśli siadam pod koniec dnia, włączam komputer i jest coś, co nie daje mi się skupić, to wiem, że coś mi w ciągu dnia nie wyszło, coś poszło nie tak.
Oto i dziś. Piątek. Wiem, że zrobiłam dobrze, a mimo tego dałam się do tego stopnia wyprowadzić z równowagi, że czuję się winna. Niebywałe jak ludzie potrafią zmanipulować. Najważniejsze, że nie okazałam tego w kluczowej chwili. Jednak cóż mi po moralnym zwycięstwie, jeśli teraz się z tym gryzę.
Coś nie tak ostatnio ze mną. Coś nie tak.

poniedziałek, 23 czerwca 2008

i pękło coś

Trudne to były... dziwne to były dni. Coś pękło we mnie. W piątkową noc, zarzucona stertą notatek z dwóch przedmiotów, których uczyć miałam się równoległe. Z wizją przyjeżdząjącej z nagle zapowiedzianą wizytą cioci. Z chorobą mamy. Z niedzielną rocznicą moją i M. (pierwszy rok! cały, oddany, nieoszukiwany, zaangażowany rok razem...) Tyle było do zrobienia, zorganizowania, kupienia, posprzątania, odespania a ja sama jedna. Mimo tego, że przecież wszyscy wokół.

Może nie ma w tym niczego złego, że muszę w tym roku wszystko robić wolniej. Dokładniej. Z większą ilością powtórzeń. (repetitio mater studiorum est!) Z pieczołowitością, przekonaniem, pewnością. Po chwili zwątpienia rozłożyłam najbliższe tygodnie życia na raty: jeden egzamin teraz, jeden przełożę na lipiec. Więcej czasu będę spędzać z mamą, słuchać jej i przytulać, podczas codziennej krzątaniny: obierania dla niej jabłek, prasowania koszulek, prania firanek. Ciocię przyjąć serdecznie, bez oznak udręczenia. Plan powstał i wchodzi w życie. Realizuję go po kawałku, a wraz z nim i siebie. Małe fragmenty, wolne tempo, dużo satysfakcji.

I gdy tak stanęłam już na nogi nadeszła rocznicowa niedziela. Pojawił się M. z bukietem kwiatów większym niż on sam, z ciepłym uśmiechem, czułym spojrzeniem i wyciągniętą dłonią. Wszystko przy tym zbladło. I to, że życie wymknęło mi się w ostatnich miesiącach z rąk. I to, że nie święcę triumfów naukowych. I to, że strach i problemy zdrowotne zjadają mnie od środka.
Coś pękło i narodziło się coś. Bo co by nie powiedzieć o minionym roku, to wygrałam w nim dużo więcej niż kolejne stypendium. Chcę tak wygrywać z roku na rok. Z nim.

piątek, 20 czerwca 2008

dobre strony złych sytuacji


Zostały dwa egzaminy i (oby to tylko w tym roku) tradycyjnie umiem niewiele czy też nie umiem wiele. Siedzę i czytam wykłady z literatury rosyjskiej, ale kto byłby w stanie zapamiętać te wszystkie nazwiska, imiona i patronimiczne ich pochodne?! Więc nie pamiętam! Staram się konotować fabuły co ważniejszych powieści i opowiadań a poezja cała jeszcze przede mną, więc krzyżyk na drogę i byle do poniedziałku. A na wtorkowy egzamin, to niby umiem, ale niczego nie pamiętam...
Ale jest szczęście w nieszczęściu, szaleństwo w tej metodzie, plus w minusie jak to mawiał klasyk:
już nigdy więcej nie będę musiała pójść do tej sali na TE zajęcia i opierać się manipulacyjnym wpływom prowadzącej, która nota bene, wisi mi wciąż 30 złotych...

czwartek, 19 czerwca 2008

znowu

Znów mamy czwartek. Znów jest za późno by cokolwiek zaczynać. Znów zrobię sobię wieczorną sałatkę i będę musiała zasiąść do książki. Znów położę się do pustego łóżka. Przede mną kilka dni, które wyjaśnią wszystko. Przyniosą spokój lub otępienie...
Jak dobrze, że jest ta sesja, bo zajmuje moje myśli, a przynajmniej udaję, że tak jest.
Gdy dobiegnie końca, nie pozostanie nic, tylko zmierzyć się z tym, co nadejdzie.
Oby M. nadal chciał trzymać mnie wtedy za rękę.
Trzymam się tylko dzięki jego trzymaniu.

wtorek, 17 czerwca 2008

stworzone do...

Nie wiem dlaczego tak być musi, ale kobiety zostały stworzone do płakania. Nie wiem jak to robią te, które nie płaczą...
Usiadłam dzisiaj i uświadomiłam sobie, że zaczynam się bać. Ostatni rok był jak bajka. Ja, on, długie wieczory, filmy, nogi przykryte kocem. My, wy, oni, domowe obiadki, wycieczki do lasu, kukurydza z grilla. Zapomniałam o wszystkim, co zwalało mnie z nóg. Co sprawiało, że mówiłam: to się nie może udać. Teraz siedzę i jestem w tamtym martwym punkcie. Oddala się ode mnie jego dłoń, wspólne zdjęcia, figurki z kasztanów i te wszystkie plany: małe mieszkanko z puszystym dywanem, kuchnia pachnąca imbirem, Franciszek i Marysia, których chcemy sprowadzić na świat...
Chciałabym się obudzić i znaleźć lekarstwo. W przenośni i dosłownie.

niedziela, 15 czerwca 2008

ciasto, ach to ty!

Z opresji dnia dzisiejszego uratowało mnie truskawkowe ciasto jogurtowe.

sobota, 14 czerwca 2008

życie w technikolorze

Gdy nie mam czasu, żeby przystanąć przestaję widzieć w technikolorze. Smutniejsze wydają się drzewa, bez smaku mechaniczne pocałunki. Krzątam się między kartkami, usypiam obłęd w mej głowie. Wybawienie i oddech są blisko, ale jeszcze nie dziś ani nie jutro. Z nadzieją spoglądają na mnie z półki dramaty Brechta, które chcą być przeczytane. Nie dziś, koleżanki słowa, nie jutro koledzy didaskalia.

:)

czwartek, 12 czerwca 2008

czwartkowo




Szary, chłodny dzień, słabo padające światło. Ściany mojego pokoju dziwnie się różowią.
Czekam do wakacji, spokoju, odpoczynku, do nas... takich jak wtedy...


środa, 11 czerwca 2008

środowo

Jestem nieobecna. W tym, co robię, czego się uczę, o czym myślę. Jestem, a jakby mnie nie było. Granice "tu i teraz" zaczęły się rozmywać. Czuję, że powinnam się przejmować, gonić za czasem, stronami kartek ksero... Co robię? Nic. Stosuję półśrodki, ucieczkę, trwanie. Jestem nieobecna.

Gdzieś z oddali dochodzą do mnie głosy ludzi, śmiech, krzyki, polecenia, a ja ciągle tylko czuję, że coś muszę. Ciągle trzeba gdzieś iść.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

poniedziałkowo

Tak wygląda teraz mój pokój. Notatki na jeden egzamin, trudny jak pieron, do którego oczywiście zrobiłam niewiele. Ogrom tego wszystkiego przeraża mnie, więc dokonać muszę jakiejś selekcji. Tylko jak selekcjonować, gdy nie wie się co ważne a co mniej ważne...
Także w kwestii notatek.

niedziela, 8 czerwca 2008

kiedyś (już nie liczę które to)

Maybe I've seen just few things in life
Love, hate, strong faith and unpurpose crime
Maybe my eyes were a little to shy
to follow the darkness of my every lie
Maybe my thoughts have cheated on me
making me think it's easy to be
Maybe I really haven't met you yet
Maybe all of this is just in my head

But what if not, if your face is real
and our future is going to be clear
who's gonna show me how to treat you well
how will I know that we're not heading to the end
Fear, hope and panic - it is all inside
facing a battle with fulfilling pride

Yes, having you near is making me smart
pumping fresh blood all over my heart
I used to be blind but now I can see
how empty is life when it is just me
how shallow are dreams
how boring is bed
How every movie just seems to be sad
how pointless and foolish can be every day
when there's no one special standing in your way

But those days are over, I'm no longer alone
I don't have to stare at silent telephone
I still can't believe that I am by your side
Doing my best to upgrade your life
That's why I'm so grateful and think 'come what may'
Hoping that one day you're gonna say:
She's not just a dream that I had before
She's a dream that will give me so much more and more

niedzielnie

Za oknami szum, flagi, okrzyki, dźwięk karetki... Wokół mnie cisza, dystans, spokój, ananasowa herbata i końcówka Eugeniusza Oniegina.
Znów oglądałam ten film.
Znów nie drażnił mnie Ralph Fiennes w roli rosyjskiego dekadenta.
Znów serce mi podeszło do gardła, gdy w jednej z ostatnich scen zobaczyłam pięknie wystylizowaną Liv Tyler siedzącą w fotelu, posągową, w najpiękniejszej scenografii, jaką stworzyło kino z tej epoki. Kiedy ona w śnieżnobiałej sukni w śnieżnobiałym pokoju i on w czarnym fraku. Symbolicznie czysta i nieczysty, biała i czarny, dobra i zły. Ona płacze, on żałuje. I nigdy nie będzie wiadomo, czy szczerze, bo przecież już nie ma możliwości z nią być.
Znów myślę o tym, że to jest powieść, która mówi o moich najgłębszych lękach. O tym, jak człowiek sam siebie unieszczęśliwa. O tym, czym w ogóle jest szczęście. Czy jest?
Ktoś kiedyś pokazał mi ten film, ale dopiero teraz zobaczyłam go naprawdę.



Nie myślę o tym, co przede mną, nic mnie nie dotyka, nie martwi. Niczego się teraz nie boję. Nie wiem co będzie za tydzień i czy wszystko się ułoży. Nie wiem i wiedzieć nie muszę.
Bo wokół cisza, zmrok, puste mieszkanie i zapach ananasa w powietrzu.

sobota, 7 czerwca 2008

wielkie daty, mała ja

Dziś urodziny mojego M. Udany wieczór, choć za krótki.
Zapowiadało się nieciekawie. Ja, zupełnie niemrawa, on śpiący po poprzedniej, imprezowej nocy. Ja uparta, on uparty. Gdy wspólne popołudnie osiągnęło najwyższy stopień drętwoty, wszystko się przesiliło. Dawno się tak nie śmiałam, a to tylko dzięki M. To niezwykłe jak on wierzy we mnie i w nas, a jak ja wierzę zbyt mało. No może dziś troszkę więcej niż zwykle...
Skończył 24 lata, co widać poniżej :)




Zawsze, przy okazji takich dat i rocznic, zamiast cieszyć się i świętować, myślę o tym co się we mnie i dookoła mnie zmieniło. Szczególnie ostatnio, gdy z przeszłości powraca wszystko to, o czym rozpaczliwie chciałam zapomnieć. To, co rozpaczliwie odpychałam od siebie, zaklinałam...
Idę do przodu, zmieniam się, ale gdy przychodzi próba wydaje mi się, że to dalej ta sama ja. Zbyt młoda, zbyt głupia, zbyt wrażliwa. Dziwne to.
Czas nauczyć się czerpać ze swojej słabości. Może właśnie z M.
Choć tego nie przeczyta: Sto lat, może Ty i ja to właśnie to.
Chciałabym.

czwartek, 5 czerwca 2008

jeszcze jeden fragment

No rozczula mnie zupełnie to opowiadanie z lat młodzieńczych, choć notatki z Derridy już na mnie łypią z oparcia kanapy. Ale niezwykłe to jest, bo w czasach, kiedy to pisałam seks był dla mnie czymś jeszcze zupelnie nierealnym i postrzegałam go właśnie tak. Słodkie.

"Czuła na sobie splecione dłonie. Mokre od potu palce, które przesuwały się po jej ciele i zawsze zatrzymywały na dłużej we wcięciu talii, tak jakby chciały sprawdzić symetrię jej ciała. Gdzieś tam bezwiednie oddech gonił za kolejnym oddechem, warga za drugą wargą, guzik za guzikiem, sprzączka za sprzączką. Zaczęli rozbierać się szybko, gwałtownie, brutalnie. Rzucali części garderoby gdzie popadnie zaślepieni szałem pożądania. Chcieli poczuć siebie jak najprędzej i jak najdokładniej. Czuła jak dotyka jej piersi, mocno bierze je w swoje ciepłe i niecierpliwe dłonie. Każdy ich ruch powodował, iż miała ochotę wgryźć się w niego, zapaść, zatracić, nigdy się z nim nie rozdzielać. Skoncentrowała się na jego ustach. Były duże i miękkie, całowała je z różnym natężeniem, to muskała to drapieżnie masowała swoim językiem. Nie mogła się od nich uwolnić, wydawało jej się, że ich usta tańczą, depczą po sobie, zderzają się, splatają! Kręciło jej się w głowie, było coraz przyjemniej, ich naga skóra ocierała się wydzielając ciepło. Jej wydawało się, że to iskry. Gdy się pieścili myślała tylko o tym, że nie mogłaby tego nigdy robić z nikim innym. Gdy poczuła go w sobie ich oddechy zatrzymały się. Oplotła swoimi nogami jego ciało i mocno przyciągnęła do siebie. Uścisk powodował, iż narastała w niej nieopisana fala szczęścia. Rozkosz zamknęła jej oczy, nie widziała swojego kochanka, ale czuła przez to jeszcze więcej, skupiała się na jego ruchach i gładziła jego plecy, pieściła kark, chwytała za włosy. Krople potu spływały po jej brzuchu i wydawało jej się, że są lodowate i gdyby nie one ich ciała spłonęłyby żywcem. Wtem, w jednej chwili, poczuła eksplozję w swoim ciele. Słodko – gorzką eksplozję."

kiedyś (uczuciowa)

Kiedyś byłam młodsza i uczuciowa. Nie bałam się tego okazywać. Gdy założyłam się z chłopakiem, wtedy dla mnie najważniejszym, że napiszę opowiadanie pornograficzne - napisałam.
Znalazłam je dzisiaj, śmieszne bardziej niż erotyczne. Ale kiedyś... kiedyś to było przecież coś. Bo z uczucia i dla uczucia. Takiego, z którego oczywiście nic nie wyszło. Teraz, gdy buduję coś nowego, nie potrafię się odciąć od tych wspomnień, w których coś się nie udało. I na pewno na tym tracę.
Natłok spraw w dniach ostatnich i nadchodzących wybił mnie z przeszłości. Czuję, że to dobrze. Czuję, że nie na długo.

A opowiadanie? :> Szło tak: (fragment)

"Jeszcze kilka minut temu miał okazję zrobić z nią wszystko czego chciał. Zwabiła go do tego pomieszczenia sprytnym podstępem i już po chwili całowała namiętnie zatapiając swe ręce w jego włosach.
Nie miał czasu, aby zaprotestować. Była niesamowicie zmysłowa. Jej czerwone, perfekcyjnie pomalowane usta były przyjemnie miękkie. Swoimi ciepłymi dłońmi wędrowała po jego ciele wyciągając koszulę ze spodni. Rozpinała guziki wciąż bombardując go pocałunkami. Każdy z nich był inny. Długi, krótki, gwałtowny, subtelny. Jej podniecenie narastało do tego stopnia, iż przy każdym kolejnym guziku przygryzała lekko jego dolną wargę. Wreszcie oplotła go swymi nogami i bezceremonialnie sięgała w rejony paska od spodni. Antonio był oszołomiony. Nie myślał racjonalnie, czuł przyjemność i nie chciał z niej rezygnować. Palce Luisy wygrywały na jego pośladkach przemyślne melodie rozkoszy. Tonął w jej pożądaniu i zaangażowaniu. Jednak gdy kobieta zaczęła się rozbierać, poczuł że nie może jej na to pozwolić. Chwycił ją swoimi mocnymi ramionami i postawił na ziemi. Wciąż nie mógł uwierzyć, że rezygnuje z takiej okazji. Jego najbardziej energiczna asystentka Luisa zawsze miała na niego ochotę. Potwierdzała to szeregiem aluzji i prowokacyjnym strojem, którego elementy lubiła przed nim eksponować. Antonio pobłażał jej zachowaniu i nie przesadzał z przychylnością chcąc uniknąć niezręcznej sytuacji, po której będzie zmuszony ją zwolnić. Myślał, że jego dystans ją zniechęci. Było wręcz odwrotnie. Kulminacja jej popędu musiała nastąpić i miało to miejsce akurat dzisiaj.

Wszedł do męskiej toalety. Musiał ochłonąć. Wciąż czuł na sobie słodki ciężar tej kobiety. Napierała na niego, jej ruchy, mięśnie, kości, żebra, jej pulsujące ciało zapraszające do igraszek.
Dotyk jej czarnych pończoch, dźwięk zrzucanych z nóg butów. Miał w nozdrzach niebanalny zapach jej włosów i skóry. Zamknął oczy, widział jej ognistą twarz i miękkie włosy, które bezwiednie pieściły jego kark. Gdy myślał o jej determinacji i gładkiej skórze, żałował, że dla niego to nie wystarczy."


:)

jeśli dziś jest czwartek, to znaczy, że egzamin we wtorek

Długi to był dzień, a przede mną długa noc. Oczywiście rozpuszczam plusza. Naciągam czas. Na naukę zostają mi już tylko późne wieczory i noce. Czuję wyrzuty sumienia na zmianę ze strachem i zobojętnieniem. Mam zamiar wszystko przeczekać. Problemy, zmęczenie, rezygnację, zgiełk. Los się musi odmienić. Tak.

wtorek, 3 czerwca 2008

Jeszcze wtorkowo...

Jeszcze przez 10 minut mamy wtorek. Wypiłam kolejnego plusza i czekam na działanie kofeiny. Rozpoczynam przygodę z formalizmem rosyjskim. Staram się rozumieć to, czego się uczę, bo uczę się niewiele, więc planem awaryjnym będzie budowanie analogii.

A ogólnie to szaro, męcząco, gorąco... z lekkimi przebłyskami dobrego humoru.
Moja mama ostatnio źle się czuje. Przyprawia mnie to o dodatkowe nerwy, bo nie jest już młodą dzierlatką. Łapię się na tym, że jeśli nie wraca o stałej godzinie do domu i nie zostawi mi żadnej wiadomości, to odchodzę od zmysłów. Że może zasłabła, gdzieś leży, albo siedzi i czeka aż jej przejdzie. Drżę o nią tak jak ona, gdy będąc na to zdecydowanie za młodą, wychodziłam po nocach. Teraz, gdy mieszkamy już tylko w trójkę, widzę jak dobrze, że rodzice mi się udali. Widzę w nich ludzi, takich z problemami, dolegliwościami, lękami, żalami, wyrzutami, zawiedzionymi nadziejami, zrealizowanymi marzeniami. Ich miłość, przyjaźń, oddanie.... no kurcze fajni są, udali mi się.

Czuję plusza w swojej głowie. Idę.

niedziela, 1 czerwca 2008

* * *

Niedziela, 6:30. Dzwoni budzik, trzeba wstać na zajęcia. To nieistotne. Od godziny nie śpię. Nie mogę. Siedzę w fotelu i siorbię kawę. Przeglądam wiadomości na onecie. Myślę. Uczę się pokory. Przez ostatnie trzy dni ciało nauczyło mnie pokory. Ból przypomniał jak niewiele znaczy wszystko to, co nie jest zdrowiem. Nawet wiewiórka, która wczoraj, przed samą ósmą przemknęła radośnie przez środek Karmelickiej, nie wybiła mnie z szarego rytmu poranka...
1 dzień czerwca. Dobry dzień, by zaczynać. Najlepiej poważną i odpowiedzialną naukę.
1 czerwca. Dzień dziecka. Chyba po raz pierwszy czuję się minimalnie bardziej kobietą niż dzieckiem.
Szkoda.