niedziela, 8 czerwca 2008

niedzielnie

Za oknami szum, flagi, okrzyki, dźwięk karetki... Wokół mnie cisza, dystans, spokój, ananasowa herbata i końcówka Eugeniusza Oniegina.
Znów oglądałam ten film.
Znów nie drażnił mnie Ralph Fiennes w roli rosyjskiego dekadenta.
Znów serce mi podeszło do gardła, gdy w jednej z ostatnich scen zobaczyłam pięknie wystylizowaną Liv Tyler siedzącą w fotelu, posągową, w najpiękniejszej scenografii, jaką stworzyło kino z tej epoki. Kiedy ona w śnieżnobiałej sukni w śnieżnobiałym pokoju i on w czarnym fraku. Symbolicznie czysta i nieczysty, biała i czarny, dobra i zły. Ona płacze, on żałuje. I nigdy nie będzie wiadomo, czy szczerze, bo przecież już nie ma możliwości z nią być.
Znów myślę o tym, że to jest powieść, która mówi o moich najgłębszych lękach. O tym, jak człowiek sam siebie unieszczęśliwa. O tym, czym w ogóle jest szczęście. Czy jest?
Ktoś kiedyś pokazał mi ten film, ale dopiero teraz zobaczyłam go naprawdę.



Nie myślę o tym, co przede mną, nic mnie nie dotyka, nie martwi. Niczego się teraz nie boję. Nie wiem co będzie za tydzień i czy wszystko się ułoży. Nie wiem i wiedzieć nie muszę.
Bo wokół cisza, zmrok, puste mieszkanie i zapach ananasa w powietrzu.

Brak komentarzy: