niedziela, 28 września 2008

* * *

Kończy się wrzesień. Kończą wakacje. Kilka innych rzeczy też się kończy. Za wcześnie na podsumowania.

sobota, 27 września 2008

odcho(ro)wuję wszystkie czasy

Odchorowuję wszystkie czasy. Te, które były i będą. Odchorowuję swoje słabości i świetności. Trzeba czasem odchorować to, co się nazbierało. Tak. Tego się trzymam.

Komuś urodziło się dziecko, ktoś dowiedział się, że jest w ciąży. Życie tak beznamiętnie płynie do przodu, a ja co? Odchorowuję. Z nadzieją. Ot co!

sobota, 20 września 2008

wrażliwości to czas

Panie i Panowie trzeba umieć znaleźć czas na wrażliwość. Na spokój. Na ciszę. Na gin z tonikiem.

piątek, 19 września 2008

remontuję (się)

Matko, ile to trwa. Ile minut, godzin, dni. Pokój jest rozkopany i trzeba remontować. Pani kochana, trzeba remontować, bo jakże to tak bez remontu. No jakże! -  powiadam. Jak to tak bez regularnego reperowania. Remoncik musi być jak się patrzy. Szczebelek za szczebelkiem, deseczka za deseczką. Więcej tego remontowania niż przewidzianej powierzchni. Więcej chęci niż treści. Więc przechodzi na mnie. Ta potrzeba, to łatanie, to trwanie. Coś się dzieje, coś się tłucze. Wiecznie ze szpachelką. Wewnątrz i na zewnątrz.

środa, 10 września 2008

caramel




Nie umiem mówić o kobiecości, a przecież jestem do tego niejako predestynowana. Są dni, w których wydaje mi się, że to nieistotne, bo czuję się chodzącą kobiecością. Są takie, gdy kobietą czuję się zbyt mało. Jednak ten dylemat: jakich szukać słów, jak ją określić? Tę kobiecość, tę ulotność, tę aurę. I wtedy przychodzi film "Karmel". Nie jest do dzieło wybitne. Powiadają (recenzje), że jest w nim coś z Almodovara i pewnie tak. Ale Almodovar jest dla mnie wybitny. Gdzieś tam wysoko. W stylu, w ujęciach, w sposobie obrazowania. "Karmel" jest prawdziwy. Tam wszystko jest kobiecością. Bohaterki, ich sukienki, decyzje, flirty, krzyki, tajemnice, mężczyźni, łzy... Oglądam je i rozumiem tak bardzo, bo są przy ziemi. Mojej też.

A ta muzyka... Mmmmm...

poniedziałek, 8 września 2008

i jeszcze jeden, i jeszcze raz




Spacerujemy. Kochamy. Czekamy.

Nasze życie jest proste. Prostsze. Gdy rozmawiam z M., to najczęściej o bzdurach. Tak lubimy. Opowiadam i opowiadam, buzia mi się nie zamyka. Dzisiaj o tym, co go we mnie denerwuje. Mistrzostwo stylu w jego wykonaniu. Krótka odpowiedź: 'nic'. Więc oczywiście drążę drocząc się: 'nic? na pewno?' Już nie o bzdurach. ' Może trochę twój pesymizm' -mówi do mnie, a ja wiem, że ma rację. Nie mam odwagi zaprzeczyć.

(Dziś mój setny post. Mały jubileusz.)

niedziela, 7 września 2008

* * *

Mój nos się świeci. Z gorąca.
Moje oczy. Ze szczęścia.

piątek, 5 września 2008

godziny trzy

Mniej więcej tydzień temu spędziłam trzy godziny pod swoim domem. Sama. Bez możliwości wejścia do środka. Zniewolił mnie prosty fakt. Zapomniałam kluczy. Była niedziela. Wracałam do domu po ruchliwym dniu w pracy. Trochę zmęczona. Trochę wściekła. Trochę głodna. Przed kwadransem rozmawiałam z mamą przez telefon. Dzwoniła opowiedzieć o tym, co zostawiła mi na kuchence, bo wychodzili z tatą na romantyczną kolację. Pomyślałam, że to fajnie, że dbają o siebie. Ponownie. Że wracają do tej bliskości, czułego sam na sam sprzed posiadania dzieci. Wracają do siebie, bo nie muszą już zmieniać pieluch, podawać kompotu, odbierać z przedszkola, stroić pianina, odrabiać lekcji. Życie znowu daje im więcej czasu dla siebie i tak być powinno. Perspektywa pustego mieszkania była więcej niż kusząca. Wejść, zrzucić buty, wziąć ciepłą kąpiel, zapalić pięknie pachnącą świecę, zrobić tę upragnioną grecką sałatkę. Tak. Miało być pięknie! Już na moście (bo mieszkam przy pewnej rzeczce - niczym Kaczka Dziwaczka) zaczęłam szukać kluczy w torebce. Mam taki zwyczaj. Wtedy nie tracę już tych cennych chwil pod bramką, które są wystarczająco niecierpliwe z racji bliskości domu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy w przegródce wszytej w torebce specjalnie do celu kluczy ich nie znalazłam. Zaczęłam przeszukiwać zawartość torebki. Nic. Najmniejsze skrytki. Nic. Siatkę z rzeczami z pracy (czasem trzeba je wyprać ;) - nic.

W portfelu 2,95. Karta do bankomatu w domu. Na koncie telefonicznym 2,10. Doładować nie ma za co. Nic do picia. Nic do jedzenia. Nic do ubrania, a na ciele letnia sukienka, podczas gdy wieczór za pasem. Mój M. w Warszawie, w pracy. Wróci pociągiem w nocy. Mój brat, jedyna osoba, od której mogłabym wziąć klucze, albo chociaż poczekać na rodziców, we Wrocławiu, na konferencji, interesy. Dzwonię do rodziców. Brak zasięgu. Przecież są na romantycznej kolacji, w zacisznej piwniczce, gdzieś na Kazimierzu. W okolicy nie mieszka już nawet nikt znajomy. Moja przyjaciółka zamieszkała z chłopakiem na drugim końcu miasta. Inna i ostatnia, jest w pracy. Jechać do niej? I co robić, stać nad nią i patrzeć na ręce? a jak wrócą w międzyczasie? Przecież chcę do domu. Tak rozpaczliwie. Stoję przed oknami do mojego pokoju. Widzę własnoręcznie szyte zasłony. 3 metry dzielą mnie od oazy spokoju i bezpieczeństwa, do której nie mam kluczy. Co tu robić, w co się bawić? Idę do sklepu. Zamiast czegoś dobrego kupuję dwie bułki i gazetę. Wystarczyło mi jedynie na "Życie na gorąco". Nawet krzyżówek nie było. Siedzę wściekła na ławce na przystanku, nawet żadnego parku w pobliżu nie ma! Gryzę bułkę, memłam ją, żeby wydzielić więcejj śliny i zagłuszyć głód. Owijam się cienkim letnim szalem. Czytam. Męża Edyty Górniak zjada jakaś egzotyczna bakteria. Ciekawe. Nie tylko ja mam problemy ze zdrowiem, dobrze wiedzieć. Małgorzata Kożuchowska wychodzi za mąż. Ciekawe, ja nie wychodzę, dobrze by było tego nie wiedzieć. Przerzucam kolorowe strony, ściskam gazetę kurczowo. Palce brudzą się farbą. Dalej się wściekam. Wściekam tak strasznie. Bo wychodzi na to, że zdana sama na siebie nie daję sobie ze sobą rady.

czwartek, 4 września 2008

w autobusie już wrzesień

W autobusie widać, że to już wrzesień. Że jesień. Skończyły się urlopy, zaczęły obowiązki. Opalone twarze mieszają się z szarymi oczami. Jest duszno, wciąż ciepło, znów tłoczno. Żyje się jakoś szybciej, żwawiej, grupowiej. Miasto zapełnia się swoimi mieszkańcami, nierówno oddycha ich codziennościami. Także moimi. Decyzjami, marzeniami, lękami. Moim jutrem.
Czuję się ostatnio dobrze. Widzę wyraźniej. Bo z nadzieją. Podejmuję kroki, których się boję, ale czuję, że są słuszne. Chciałabym się nie pomylić. Bo przecież jest wspaniale. Jest szczęśliwie. Nawet moje zmęczenie, kombinowanie. Nawet pędząca godzina za godziną tego nie zmienia. Choć już dawałam się nabrać, że może tak. Że może zmienia.