
Nie umiem mówić o kobiecości, a przecież jestem do tego niejako predestynowana. Są dni, w których wydaje mi się, że to nieistotne, bo czuję się chodzącą kobiecością. Są takie, gdy kobietą czuję się zbyt mało. Jednak ten dylemat: jakich szukać słów, jak ją określić? Tę kobiecość, tę ulotność, tę aurę. I wtedy przychodzi film "Karmel". Nie jest do dzieło wybitne. Powiadają (recenzje), że jest w nim coś z Almodovara i pewnie tak. Ale Almodovar jest dla mnie wybitny. Gdzieś tam wysoko. W stylu, w ujęciach, w sposobie obrazowania. "Karmel" jest prawdziwy. Tam wszystko jest kobiecością. Bohaterki, ich sukienki, decyzje, flirty, krzyki, tajemnice, mężczyźni, łzy... Oglądam je i rozumiem tak bardzo, bo są przy ziemi. Mojej też.
A ta muzyka... Mmmmm...
A ta muzyka... Mmmmm...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz