piątek, 5 września 2008

godziny trzy

Mniej więcej tydzień temu spędziłam trzy godziny pod swoim domem. Sama. Bez możliwości wejścia do środka. Zniewolił mnie prosty fakt. Zapomniałam kluczy. Była niedziela. Wracałam do domu po ruchliwym dniu w pracy. Trochę zmęczona. Trochę wściekła. Trochę głodna. Przed kwadransem rozmawiałam z mamą przez telefon. Dzwoniła opowiedzieć o tym, co zostawiła mi na kuchence, bo wychodzili z tatą na romantyczną kolację. Pomyślałam, że to fajnie, że dbają o siebie. Ponownie. Że wracają do tej bliskości, czułego sam na sam sprzed posiadania dzieci. Wracają do siebie, bo nie muszą już zmieniać pieluch, podawać kompotu, odbierać z przedszkola, stroić pianina, odrabiać lekcji. Życie znowu daje im więcej czasu dla siebie i tak być powinno. Perspektywa pustego mieszkania była więcej niż kusząca. Wejść, zrzucić buty, wziąć ciepłą kąpiel, zapalić pięknie pachnącą świecę, zrobić tę upragnioną grecką sałatkę. Tak. Miało być pięknie! Już na moście (bo mieszkam przy pewnej rzeczce - niczym Kaczka Dziwaczka) zaczęłam szukać kluczy w torebce. Mam taki zwyczaj. Wtedy nie tracę już tych cennych chwil pod bramką, które są wystarczająco niecierpliwe z racji bliskości domu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy w przegródce wszytej w torebce specjalnie do celu kluczy ich nie znalazłam. Zaczęłam przeszukiwać zawartość torebki. Nic. Najmniejsze skrytki. Nic. Siatkę z rzeczami z pracy (czasem trzeba je wyprać ;) - nic.

W portfelu 2,95. Karta do bankomatu w domu. Na koncie telefonicznym 2,10. Doładować nie ma za co. Nic do picia. Nic do jedzenia. Nic do ubrania, a na ciele letnia sukienka, podczas gdy wieczór za pasem. Mój M. w Warszawie, w pracy. Wróci pociągiem w nocy. Mój brat, jedyna osoba, od której mogłabym wziąć klucze, albo chociaż poczekać na rodziców, we Wrocławiu, na konferencji, interesy. Dzwonię do rodziców. Brak zasięgu. Przecież są na romantycznej kolacji, w zacisznej piwniczce, gdzieś na Kazimierzu. W okolicy nie mieszka już nawet nikt znajomy. Moja przyjaciółka zamieszkała z chłopakiem na drugim końcu miasta. Inna i ostatnia, jest w pracy. Jechać do niej? I co robić, stać nad nią i patrzeć na ręce? a jak wrócą w międzyczasie? Przecież chcę do domu. Tak rozpaczliwie. Stoję przed oknami do mojego pokoju. Widzę własnoręcznie szyte zasłony. 3 metry dzielą mnie od oazy spokoju i bezpieczeństwa, do której nie mam kluczy. Co tu robić, w co się bawić? Idę do sklepu. Zamiast czegoś dobrego kupuję dwie bułki i gazetę. Wystarczyło mi jedynie na "Życie na gorąco". Nawet krzyżówek nie było. Siedzę wściekła na ławce na przystanku, nawet żadnego parku w pobliżu nie ma! Gryzę bułkę, memłam ją, żeby wydzielić więcejj śliny i zagłuszyć głód. Owijam się cienkim letnim szalem. Czytam. Męża Edyty Górniak zjada jakaś egzotyczna bakteria. Ciekawe. Nie tylko ja mam problemy ze zdrowiem, dobrze wiedzieć. Małgorzata Kożuchowska wychodzi za mąż. Ciekawe, ja nie wychodzę, dobrze by było tego nie wiedzieć. Przerzucam kolorowe strony, ściskam gazetę kurczowo. Palce brudzą się farbą. Dalej się wściekam. Wściekam tak strasznie. Bo wychodzi na to, że zdana sama na siebie nie daję sobie ze sobą rady.

Brak komentarzy: