niedziela, 30 listopada 2008

ten zapach

Nareszcie spokojny wieczór we dwoje. Nie dzwoni nikt z redakcji. Nigdzie nie trzeba jechać. Zrobiłam obiad, byłam w kinie, odkryłam o nim coś nowego. Była ostra wymiana zdań i było oczyszczenie. Padło i "o co Ci chodzi" i "przepraszam" i "kocham Cię". Patrzę teraz na jego zamknięte oczy i nie mogę w to uwierzyć. Że codziennie wraca do mnie z pracy. Że śpi. Że dzwoni. Że chce we dwoje. Wciąż coś nowego. 17 miesięcy razem. 17 to chyba dużo. Jak na mnie, i jak dla mnie dużo. Dla innych pewnie nie. Kiedy to minęło? Patrzę teraz na M. jak śpi spokojnie i mam ochotę zatracić się w tym jego spokojnym oddechu. Zamykam oczy i czuję nas. Teraz, w tym pokoju, w tym naszym azylu wanilii i czekolady. Ten zapach. Nasz zapach.

piątek, 28 listopada 2008

gin z tonikiem

Czasami dzień jest tak beznadziejny, że kończy się go z nowym numerem Vivy! w jednej, i szklaneczką ginu z tonikiem w drugiej ręce. Niby nic złego się nie wydarzyło. Głowa dziwnie bolała, ktoś coś powiedział, ktoś nie przyszedł. Więc pora pofolgować sobie i nie robić niczego ambitnego. Nie pisać wierszy, nie poprawiać literówek, nie sprawdzać nerwowo maila, nie oglądać estońskiego filmu o przemocy wśród grupy rówieśniczej młodzieży w wieku licealnym.
Nic, tylko Viva! i ja, a na wyciągnięcie ręki gin z tonikiem. Bo profilaktyka musi być.

poniedziałek, 24 listopada 2008

a imię jej 30 i... 3

Śnieg skrzypiał pod butami, gdy wracałam z ostatniego filmu Szumowskiej. I ciężko się szło, ale jeszcze gorzej się myślało o tym, co się zobaczyło. I była refleksja. Pojawiała się co chwilę. Ta sama, ale zgoła jakby odmienna. Podobna do poprzedniej, choć nieco odległa. Tak mglista, jak i przejrzysta. Jak złożona, tak i prosta.
Piszę czasem na tym blogu, bo zdarzają się chwile gdy siadasz i po prostu musisz. Bo długopis nie wystarcza, bo telefon to nie to samo. Bo ktoś wie i jednocześnie nie wie nikt. To co dopowiedzanie, zawsze jest wirtualne, i choć prawdziwe to można to cofnąć. Erase and rewind. Ale kręcić o sobie film i go pokazywać to jest dla mnie kaliber niewyobrażalny. To jest katharsis i robienie pieniędzy tak silnie pokręcone i nagięte, że stoją nad przepaścią dobrego smaku, bo granicę dawno gdzieś przekroczyły.
Dobra była ta opowieść i smutna i ciężka jak te kroki moje w drodze powrotnej. Ale niedosyt pozostał. I refleksja nad przepaścią dobrego smaku.

wtorek, 4 listopada 2008

odwieczny problem

Listopad a ja w letniej sukience. Wełnianych rajstopach, ale sukience letniej. I czuję się trochę jak w lecie. Lekko, żwawo, radośnie do przodu. Miła odmiana po kilku ostatnich tygodniach.
Zaczęłam się bawić w dziennikarstwo. Dziwna sprawa. Zawsze wydawało mi się, że wiem o co w tym chodzi i chcę to robić. Teraz? Lekka konsternacja. Nie chodzi tylko o to, że dzisiaj trzy godziny spędziłam na konferencji poświęconej uprawie ziemniaka. Chodzi o rzeczywistość. O to, jak łatwo nią manipulować i jak trudno jest ją oddać. Mimesis. Odwieczny problem. Nawet, gdy chodzi tylko o ziemniaki.