środa, 24 grudnia 2008

przemówiłam ludzkim głosem

I dzisiaj dotarło do mnie. W domu około południa, gdy już odprowadziłam go na dworzec. Gdy pożegnałam jego zapach. Gdy nie miałam już cienia za którym mogłabym pogonić. Dotarło do mnie, uderzyło mnie z całą prostotą tej jasnej myśli: chcę, żeby ta miłość się udała. Tak jak udał się poprzedni wieczór i miniona noc. Chcę, żeby każdy dzień był zwykły i z nim. Bez (nie)zbędnych problemów i głupich lęków. Zwykły dzień dla wielkiej miłości rosnącej w siłę. Święta zwykłość dnia. Prewigilijnie przemówiłam ludzkim głosem. Nie o północy, ale w południe. I jeśli cokolwiek ma sens w tym pobożnym życzeniu, niech się spełni. Niech ta miłość się uda.

poniedziałek, 22 grudnia 2008

smak dzieciństwa

Choć nieproszone, to nadchodzą a wraz z nimi smaki dzieciństwa. I powinien to zapewne być sernik albo ości z karpia. Ale nie. Mój smak dzieciństwa... paluszki ze szklanki! Ze szklanki koniecznie. Bo ta dzisiejsza młodzież to z opakowań foliowych (niebiodegradowalnych) albo (a fu!) z plastikowych tacek je te zlepki węglowodanów solą pokryte. A mili moi, jeśli paluszki to ze szklanki. tak były podawane w moim dzieciństwie i jest to jedyny sposób właściwy. Szklanka - ot i cały sekret wyśmienitego podania. Bo musi być kontakt ze szkłem, żeby paluszek nabrał smaku. Dzieciństwa smaku.
Obejrzałam dzisiaj Vicky Christina Barcelona. Nowy Allen. Zupełnie nie wiem dlaczego w kinach polskich dopiero w marcu, jeśli pozostała część Europy już pół roku temu go widziała.
Oglądałam (a rzecz się miała na niebiodegradowalnej płycie, skopiowanej pokątnie) i po prostu mnie tknęło. Na paluszki w szklance. Na smak dzieciństwa. Ten pierwszy i tak doskonały. Ten, który zawsze jest przy mnie. Tak jak ten lęk przed zastygnięciem w wyborach miłosnych - o których jest film.

sobota, 20 grudnia 2008

* * *

I stało się. Nie czekam na święta. Nic się w sercu nie żarzy. Pierwsza gwiazdka za oknem nie wzrusza. Nie rusza. Do przodu nic nie ciągnie. Wolałabym nawet, żeby pojutrze był zwykły początek tygodnia. Spokojny przy kawie z wielkiego kubka. Na ulubionej kanapie w odcieniach beżu i czekolady. W bezpiecznym i cichym pokoju.
Ale tak nie będzie. Za to będzie zapach sernika, misy pełne sałatek, wanna zamieszkała przez karpia. Będą też goście, którzy w zasadzie (bądźmy szczerzy) będą ciężarem, bo przyjeżdżają w ilości dużej i na dłużej niż przyjeżdżać powinni. Będzie więc tłok i gwar. Będzie skwar. Od piekarnika i od rozmów. Będze oglądanie filmów i śpiewanie kolęd. Będzie karp. Może żart.
I stało się. W tym roku w ogóle na to nie czekam.

wtorek, 16 grudnia 2008

godzina pąsowej róży

dzisiaj w tramwaju linii 14 leżał podeptany bukiet róż. pąsowych. jak w powieści. one też pewnie miały swoją godzinę. tę jedną jedyną, w której miały zabłysnąć w oczach kobiety dla której były. zamiast tego spłowiały zupełnie rozniesione przez podeszwy zimowych butów przypadkowych pasażerów linii 14. nieświadomych blasku tego pąsu, może siły tego dąsu. smutny koniec zjawiskowego bukietu na końcowym przystanku linii 14.

niedziela, 14 grudnia 2008

* * *

I już czternasty dzień grudnia. Niemożliwe, a jednak. Spotkałam dzisiaj kilka starych, znajomych twarzy. Piły piwo i uśmiechały się do mnie. Siedziały na znanych krzesłach i pośród swojskich ścian. Ale nie były moje. Niby wszystko było tak samo: Ci sami ludzie, to samo miejsce, te same puchary w górę wzniesione - w mojej głowie inaczej. Nostalgicznie i obco. Może nie powinnam była tam zaglądać. Jedynie wspomnieć.
Nostalgicznie teraz jest. Magicznie.
Smerfastycznie.