poniedziałek, 23 czerwca 2008

i pękło coś

Trudne to były... dziwne to były dni. Coś pękło we mnie. W piątkową noc, zarzucona stertą notatek z dwóch przedmiotów, których uczyć miałam się równoległe. Z wizją przyjeżdząjącej z nagle zapowiedzianą wizytą cioci. Z chorobą mamy. Z niedzielną rocznicą moją i M. (pierwszy rok! cały, oddany, nieoszukiwany, zaangażowany rok razem...) Tyle było do zrobienia, zorganizowania, kupienia, posprzątania, odespania a ja sama jedna. Mimo tego, że przecież wszyscy wokół.

Może nie ma w tym niczego złego, że muszę w tym roku wszystko robić wolniej. Dokładniej. Z większą ilością powtórzeń. (repetitio mater studiorum est!) Z pieczołowitością, przekonaniem, pewnością. Po chwili zwątpienia rozłożyłam najbliższe tygodnie życia na raty: jeden egzamin teraz, jeden przełożę na lipiec. Więcej czasu będę spędzać z mamą, słuchać jej i przytulać, podczas codziennej krzątaniny: obierania dla niej jabłek, prasowania koszulek, prania firanek. Ciocię przyjąć serdecznie, bez oznak udręczenia. Plan powstał i wchodzi w życie. Realizuję go po kawałku, a wraz z nim i siebie. Małe fragmenty, wolne tempo, dużo satysfakcji.

I gdy tak stanęłam już na nogi nadeszła rocznicowa niedziela. Pojawił się M. z bukietem kwiatów większym niż on sam, z ciepłym uśmiechem, czułym spojrzeniem i wyciągniętą dłonią. Wszystko przy tym zbladło. I to, że życie wymknęło mi się w ostatnich miesiącach z rąk. I to, że nie święcę triumfów naukowych. I to, że strach i problemy zdrowotne zjadają mnie od środka.
Coś pękło i narodziło się coś. Bo co by nie powiedzieć o minionym roku, to wygrałam w nim dużo więcej niż kolejne stypendium. Chcę tak wygrywać z roku na rok. Z nim.