wtorek, 5 sierpnia 2008

miasto budzi się

Przed 6 rano Kraków potrafi zaskoczyć. Ukrop w autobusie, gwarny ruch na ulicach. Już jasno, piekarnie otwierają swe podwoje. Można kupić świeżą bułkę, rozdać pierwszy uśmiech. Ludzie dzielą się na tych, którzy chwiejnym krokiem wracają z imprezy dnia poprzedniego i tych, którzy gnają do pracy. Dla nich dzień już trwa. Już myli zęby, już się pocą. W rękach niosą nesesery, siatki, torebki mają na ramieniu, psy na smyczy, precle w reklamówkach, kawę w jednorazowym kubku. Latarnie niemrawo przygasaja, choć nikomu już od godziny nie są potrzebne. Brzask przyniósł światu samowystarczalność. Ludzie tłoczą się przy kleparzu. Śmierdzą. Może dziś zarobią parę groszy. Może kupią chleb i wino. Pokarm bogów i Boga. Od zawsze. Może rybka drugiej świeżości gdzieś w okolicy zalega. Może to, może tamto. Ja mknę, świeże bułki w ręce, woda w torebce. W myślach niepokój. Trwa.