czwartek, 7 sierpnia 2008
pocięty i śnięty
Mój M. jest już bez migdałków. Leży w szpitalu. Zakochał się w znieczulających kroplówkach ;) Ciekawe to było doświadczenie dla nas obojga. Wstałam o niebotycznej godzinie, żeby pójść z nim na przyjęcie do szpitala. Towarzyszyłam przy wszystkich badaniach. Przyniosłam ostatni (przed okresem długiej diety) obiad(rosół i chińszczyzna a kuchnia wyglądała jakbym przyrządzała dziesięć dań ze stada bizonów). Przytulałam, pocieszałam, całowałam. Następnego dnia rano trzymałam go za rękę aż nie ścięło go znieczulenie. Zmywałam krew z twarzy zaraz po zabiegu. Wymieniałam gaziki, gdy kaszlał krwią. Męczyłam pielęgniarki, gdy nie spadała mu gorączka. Ja. I nowe pokłady wrażliwości. Więc tak to jest jak ma się dziecko? Nieustanne myślenie instynktem opiekuńczym. Dzisiaj lżejszy dzień. Idę dopiero w godzinach odwiedzin. M. może "zjeść" swój pierwszy posiłek. Pitny jogurt naturalny ;) Muszę mu jeszcze naznosić wody i nowego Focusa. Dziewczyna - polka ze mnie normalnie. Skąd tyle ofiarności? Cholera, to jednak miłość jest ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

