Kobiecość może boleć. Dosłownie.
Gdy okazuje się, że wyniszcza mnie to, co jest częścią mnie, tracę siły. Chciałabym, żeby było inaczej, ale działa reguła akcja - reakcja: boli - słabnę. Myślę wtedy, o wszystkim, co zaplanowałam. O tej konstrukcji marzeń, która w jednej chwili przestaje być realna, bo ja jestem za słaba.
Jest M. Na razie. Nie wiem przez ile jeszcze. Odkąd jest, gorzej to wszystko znoszę. Bo jest ciężarem. Choć słodkim. Jego też to dotyka, a nieść odpowiedzialność za nas dwoje w pojedynkę, to duże wyzwanie.
Chodzę ulicami, bo muszę żyć. Mijam miejsca, które znam i przestają być bezpieczne. Słoneczne. Skuteczne. Dla mnie. Na mnie. Tak jakby przeskoczyło szkiełko w kalejdoskopie. Na to szare. Niezbyt ładne. Chciałabym, żeby to się kiedyś skończyło. I zdarza mi się w to wierzyć, wtedy kiedy nie boli. Ale nie dziś.
piątek, 15 sierpnia 2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)

