Zaczynam życie w odcieniach beżu i czekolady. Takie, jakie od kilku lat chciałam mieć. Centralne w nim miejsce zajmuje duża, trzydrzwiowa szafa.
Moja szafa próżności.
Pamiętam, że gdy byłam mała, lubiłam się otaczać ładnymi przedmiotami. Zbierałam figurki, kamyki, kasztany, karteczki, kolczyki, ołówki, frotki... byłam totalną chomikarą i graciarą, a wszystko chowałam do szafy. To były moje ładne przedmioty. Gdy trochę podrosłam, miejce bibelotów zajęły ubrania. Stylowe, zwyczajne, śmiałe, kiczowate. Ich zbieranie i wyszukiwanie stało się pasją. Taką kobiecą i próżną równowagą dla ciągłego czytania książek i braku zainteresowania telewizją. A że nie miałam wówczas prawie żadnych środków finansowych, realne odpowiedniki mojej próżności pochodziły z różnych miejsc - szaf, wieszaków, tanich półek sklepowych... Kupowałam i przerabiałam. Szukałam próżności. Futerko w panterkę, szyfonowa etola, ukochany militarny sweter, wiernie wytarte sztruksy. Przywiązywałam się do tych szmatek i w nich lokowałam swoją fantazję.
Kilka tygodni temu dokonało się kolejne przewartościowanie. Tknęło mnie dzisiaj. Mniej zbieram, mniej kupuję, coraz mniej w mojej szafie próżności. Mniej chyba też tej fantazji - choć może ulokowałam ją po prostu gdzie indziej, tylko jeszcze nie wiem gdzie.
Bo szafa w kolorze beżu i czekolady jest duża, przepastna i trzydrzwiowa...
piątek, 31 października 2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)

