poniedziałek, 24 listopada 2008

a imię jej 30 i... 3

Śnieg skrzypiał pod butami, gdy wracałam z ostatniego filmu Szumowskiej. I ciężko się szło, ale jeszcze gorzej się myślało o tym, co się zobaczyło. I była refleksja. Pojawiała się co chwilę. Ta sama, ale zgoła jakby odmienna. Podobna do poprzedniej, choć nieco odległa. Tak mglista, jak i przejrzysta. Jak złożona, tak i prosta.
Piszę czasem na tym blogu, bo zdarzają się chwile gdy siadasz i po prostu musisz. Bo długopis nie wystarcza, bo telefon to nie to samo. Bo ktoś wie i jednocześnie nie wie nikt. To co dopowiedzanie, zawsze jest wirtualne, i choć prawdziwe to można to cofnąć. Erase and rewind. Ale kręcić o sobie film i go pokazywać to jest dla mnie kaliber niewyobrażalny. To jest katharsis i robienie pieniędzy tak silnie pokręcone i nagięte, że stoją nad przepaścią dobrego smaku, bo granicę dawno gdzieś przekroczyły.
Dobra była ta opowieść i smutna i ciężka jak te kroki moje w drodze powrotnej. Ale niedosyt pozostał. I refleksja nad przepaścią dobrego smaku.