środa, 11 listopada 2009

znów od nowa

Znów zaczynam wszystko od nowa. Żegnam obecne biurko i te kilka par oczu, które witały mnie codziennie rano przez ostatnie miesiące. Znów pojawię się w nowym miejscu i nie będę wiedziała czy dam sobie radę nerwowo robiąc notatki na tygodniowym szkoleniu. Znów będę wyczekiwała ostatniego dnia miesiąca, by odetchnąć na widok przelewu pojawiającego się na koncie.

Ale tym razem szaleję. Wchodzę na drogę zupełnie mi nieznaną. Z ulgą(bo tak ciezko o stabilną pracę) i lekkim jękiem zawodu (bo przecież nie po to studiowałam) będę się w najbliższych miesiącach uczyć nudnego funkcjonowania w nowym systemie.

Życie zweryfikowało wiele moich wizji, zapewne nie pierwszy ani ostatni raz. I gdy zaczynam wątpić, gdy coś ściska w dołku, że z tylu marzeń trzeba było zrezygnować, M. siada koło mnie i mówi: "Czuję, że teraz będzie lepiej. Dziękuję". I będzie. Musi.

czwartek, 5 listopada 2009

asertywnie

Uczę się odmawiać. Grzecznie i bez wyrzutów sumienia. Bo gdy dla męża mam mniej czasu niż dla wszystkich innych, to znak, że czas wrócić do priorytetów. Codziennie jest bieg i stos spraw do załatwienia, ktoś chce się spotkać, ktoś pogadać, komuś jest źle... A. ma interes, B. ma chandrę, C. chce tortu w kształcie kulturysty na wieczór panieński. Brakuje ciszy, a wszystko dlatego, że czasami trzeba po prostu powiedzieć "nie", nie dlatego że się czegoś zrobić nie może, a dlatego że się nie chce w imię celów wyższych jak własne zdrowie i spokój ogniska domowego. A telefon niech dzwoni. Odsłucham wiadomość.

czwartek, 22 października 2009

* * *

Otacza mnie cisza. Marzyłam o tym od dawna. Od nerwowego sprawdzania adresu mailowego i ukradkowego zerkania na ekran telefonu nabawiłam się tików . Siadam na kanapie w środku pokoju i słucham ciszy swojego życia.

Ukochany przeze mnie miesiąc październik w tym roku jest wyjątkowo nie mój. Nie mam kontroli nad tym, co robię, nad swoją głową. Nad czasem. Siedzę pośród ciszy, bo jutro znowu zacznę pytać, rozmawiać i zapominać o setce ważnych spraw. Nerwowo przygryzam usta, bo dopiero był wrzesień. Dopiero każdy tydzień miałam rozplanowany co do dnia. Zaczynam się budzić z coraz większym przeświadczeniem, że któregoś dnia po prostu nie zdążę i żaden plan nie zdoła mnie uratować.

A mój mały świat wciąż jest szczęśliwy. Pośród tych wszystkich niepowodzeń i przygryzania warg.

środa, 7 października 2009

sąsiedztwo

Bliskie sąsiedztwo akademików nieubłaganie przypomina jak wiele we mnie niezamkniętych rozdziałów. Poszatkowane myśli, nostalgiczne wspomnienia, niebezpieczne sentymenty, nienapisane prace i nieodebrane dyplomy. To wszystko moje newralgiczne punkty.

Okazuje się bowiem, że nie jest łatwo "tylko" napisać pracę magisterską i "tylko" pracować, a mimo tego rok rocznie ten błąd popełniają tysiące młodych ludzi. Widzę ich twarze w porannym tłoku na przystanku. Są roześmiani. Są beztroscy. Przywieźli ze sobą do Krakowa jesień i zabierają mi coś więcej niż siedzenia i tlen w autobusie. Odnajduję się w ich oczach, wciąż zaskoczona tym, jakiego znaczenia z wiekiem nabierają słowa "tylko" i "aż". A przecież wciąż odznaczam się tak młodym wiekiem...

czwartek, 24 września 2009

poza miłością

M. zdaje się być uczulony na wszystko poza miłością. Tak oto, po moim półrocznym marudzeniu, zdecydował się na testy alergiczne i, o ironio, sama sobie mogę podziękować za to, że teraz cierpię i ja. M. zamienił się bowiem w kichającą i prychającą maszynę rozpaczliwie czekającą na sprawny serwis. Jego nos, niczym stara lokomotywa, świszczy niemiłosiernie o każdej porze dnia i nocy, nawet wówczas, gdy zazwyczaj załzawione oczy smacznie śpią. Potęgują się w M. alergie, które chcemy złapać i ukarać odczulaniem za to, że zakłócają chwile naszego błogiego, zapracowanego życia niczym nieproszony gość, którego niezręcznie wyprosić. Efektem ubocznym jestem ja - alergicznie reagująca na prychającą prozę życia.

poniedziałek, 21 września 2009

o czasie

Wy nie wiecie a ja wiem jak słodko mija czas, gdy szczęście miesza się z tremą. Niezdrowa ekscytacja z ostatnich dni rozmyła się na szarym siedzeniu w poniedziałkowym autobusie. Obserwuję mojego M., który kilkanaście razy dziennie spogląda na swoją dłoń i rośnie we mnie duma. Bo za każdym razem, gdy patrzy na palec, patrzy trochę i na mnie. I choć jeszcze trochę przerażeni i niepewni, to jesteśmy tak szczęśliwi brodząc pośród niejasności kont bankowych, prowizji i stóp procentowych.

Na prozę życia pozostaje niewiele czasu, a jednak wciąż i nieprzerwanie szukamy chwili oddechu wśród przyjaznych nam twarzy, dźwięków odkręcanych butelek i zapachów cytrynowego ciasta.

poniedziałek, 7 września 2009

jesień

Nadszedł czas, aby publicznie wyznać, że jesień jest porą roku, którą stawiam ponad wszystkie inne. Nie wiosna, która kusi zielonymi pąkami, nie lato, które ciepłymi promieniami słońca pieści moją skórę, ani zima, która mrozem szczypie moje okazałe policzki, a właśnie jesień. Ta pora tak znienawidzona przez wszystkich, zmienna, wietrzna i słoneczna, tak podobna do mnie...

To zadzwiające ile może się wydarzyć w ciągu miesiąca.  Ile miejsc można zwiedzić, decyzji podjąć, pieniędzy pożyczyć a uczuć okazać. Życie niebezpiecznie przyspieszyło tempo i wciąż mocno zarzuca na zakrętach. A my z M. na zmianę, pełni euforii i endorfiny, przytłoczeni i zasmuceni ogromem decyzji. Jak widać nawet szczęśliwe zmiany mają swoją wagę i trzeba umieć szczęście udźwignąć.

czwartek, 13 sierpnia 2009

12 szklanek

Kupiłam 12 szklanek do mieszkania, którego nie mam. Nie wiem nawet gdzie jest, bo jeszcze go nie znalazłam.
Ostatnie dni mijają w migawkach przekraczanych progów i otwieranych drzwi.

Jaka jest forma własności? Ile bierze pośrednik? Jaki jest stan instalacji? Czy sąsiad Państwa nie zalewa? Ile wynosi czynsz? (...)

Nie zapamiętuję już twarzy, do których kieruję te pytania. Nie zwracam uwagi na oczy, które wodzą za mną, gdy w pełni zdystansowana oglądam pomieszczenia mające stać się moim nowym domem. Naszym domem.
Wydarzenia ostatnich dni i fakt, że moim aktualnym marzeniem jest życie na kredyt przez najbliższe dwadzieścia lat boleśnie uświadamiają mi, że dzisiejszy świat naprawdę stoi na głowie. A ja wraz z nim.
 

wtorek, 21 lipca 2009

nigdy w życiu!

Gdyby ktoś kiedyś powiedział, że jedną z moich ulubionych sentencji będzie zdanie wypowiedziane przez Katarzynę Grocholę, odpowiedziałabym donośnym "nigdy w życiu!" i perlistym śmiechem. I oto jestem dziś. Słyszę w głowie: "Życie przynosi nam to, czego potrzebujemy, nie to, czego chcemy". Widzę Grocholę na wiklinowym fotelu w jej zadbanym, rozległym ogrodzie. Siedzi uśmiechnięta i opowiada o swojej najnowszej książce cukierkowej prezenterce programu weekendowego. Jej braków w lekturze zarzucić nie można, prezenterce i owszem. Słucham tej rozmowy, jakże marketingowej i wyreżyserowanej, patrzę na kota, który leży na Grocholi kolanach, na jej dłoń, która tak wolno go głaszcze, dźwięczy mi w głowie jej zachrypnięty głos i wibratto niczym po trzech dniach picia tequili. No i jest ta jedna perełka. Wyrwało jej się.
Tak jest rzeczywiście. Wszystko, co robię i co się w moich oczach nie udaje, wychodzi mi na dobre. Prędzej czy później, nawet po wielu łzach. Patrzę na M. i widzę, że jego myśli też zatrzymały się przy tym zdaniu.
A to ci Grochola...

poniedziałek, 20 lipca 2009

* * *

Spotykamy się zawsze po latach i zawsze na chwilę. Rozmawiamy o tym, jak życie nas zmieniło. Gdy nasze stopy wolno dotykają płytek chodnika, a oczy leniwie krążą dookoła zielonych alejek, czas na chwilę zatrzymuje się w miejscu. Dobrym tematem jest wszystko, co nas dotyczy: opakowanie soku i złamane serce. Mówię bez przerwy, bo zaraz się rozejdziemy, a trzeba wyrazić jak najwięcej, aby usłyszeć wystarczającą ilość słów pokrzepienia. Karmimy się dobrą radą i rozchodzimy z uśmiechem wspominając naiwne lata pośród różnych kolorów włosów i częstych łez. Żegnam Cię zawsze z nadzieją, że spotkam znowu. Dziękuję E.

niedziela, 19 lipca 2009

łapczywie

Wszędzie widzę dziewczyny z brzuszkiem i myślę sobie: jeszcze nie teraz. Wydaje mi się, że z każdym dniem łapczywiej chwytam powietrze. Uczę się nowego rytmu dnia i nocy. Nie panuję nad czasem, który mnie otacza. Oglądam kalejdoskop kolorów i z trudnem nadążam za wszystkimi odcieniami swoich wątpliwości. M. jest stałym punktem mojego wszechświata. Wszystko inne się obraca. Gdy dwa lata temu siedzieliśmy w "Mamma Mii" nieśmiało patrząc sobie w oczy, nigdy bym nie przypuszczała, że ten niepozorny chłopak, z którym nie wiązałam żadnych nadziei, da mi wszystko to, o czym od dawna marzyłam. Przypomniałam sobie, że to nie jest banał, że związki się udają. Teraz, gdy pędzę codziennie w kierunku tych samych punktów moment powrotu do niego jest tym najsłodszym. I to wciąż jest niebywałe, choć trwa i trwa.

wtorek, 16 czerwca 2009

parmenides, sofista, platon

Zbieranie się do nauki przychodzi mi z coraz większym trudem. Myślenie abstrakcyjne zastępuje konkretne. Brak skupienia owocuje pozornie kontrolowanym chaosem. Czuję, że ocieram się o granice intelektualnej przyzwoitości i jestem na krawędzi. Noga może się poślizgnąć. Przede mną 40 białych stron w czarną kratkę. Papier ekologiczny. Powinnam je czytać i rozwijać swoje myśli. Zapamiętywać: Parmenides, Sofista, Platon. A ja nic. A ja otwieram kolejny plik i pdf i telefon i rozmowy kontrolowane porą nocną. W najlepsze. Rozgardiasz. Hałas. Lelum polelum.
Trudno zatrzymać się  w tu i teraz, gdy dylematy 'mieć czy być' przestają być książkowe. Popijam szałwię na obolałe gardło, myślę o kolorach uczuć w mojej głowie. Odpowiadam na telefony, i maile, i słowa rozczarowania mieszają się z satysfakcją. Wiara w to, co na wyciągnięcie ręki zastępuje mi gorycz nadchodzących zmian. Zaraz. Chwila. Parmenides, Sofista, Platon - powinnam powtarzać niczym mantrę. Ostatni wysiłek intelektualny musi mieć słodki smak.

piątek, 12 czerwca 2009

kochana

Chodź Kochana. Opowiesz mi co się stało. Usiądziemy w miękkich fotelach wyścielonych polarowym kocem, a wokół będzie się unosił zapach cynamonowej herbaty. Dowiemy się dlaczego życie tak się potoczyło. Weźmiemy głęboki oddech, potrzymamy w ręce książkę, którą od niego dostałaś, a potem będziemy milczeć myśląc o gorzkim smaku tego zwycięstwa. Otworzymy foldery ze zdjęciami i puścimy Buena Vistę... popatrzymy przez okno na gwiazdy. Pociekną Ci łzy, a ja powiem, że Cię rozumiem, choć nie wiem czy nie skłamię. Pomyślę o jego oczach, za którymi tak tęsknisz i ramionach, które zawiodły. Powiem, że nie był Ciebie wart. A gdy się zasępisz w żalu i nieznośnym cierpieniu, przytulę Cię, bo wierzę, że ciepło drugiego człowieka ma właściwości lecznicze. Ogarnę Cię swoim współczuciem i szczerze powiem, że to przeminie - patrząc w lustro.

środa, 3 czerwca 2009

żal za

Czy to możliwe, żeby czuć aż taki ucisk w dołku? Czy nostalgia i wspomnienia mogą do tego stopnia opanować racjonalne myślenie? Jesteśmy z pokolenia wykształconych marzeń, czemu więc dziwi fakt, że nauka kończy się dyplomem, a lato jest początkiem nowego końca? Przecież liczyliśmy się z tym, że ten dzień nadejdzie. Znane nam były konsekwencje naszych czynów, gdy 5 lat temu staliśmy w długiej kolejce do dębowych drzwi, a w dłoniach drżały białe teczki o zawartości cenniejszej niż wszystkie skarby świata. A mimo to siadamy na naszej ławce i śmieją się do nas różaneczniki z podwórkowej rabatki. Będzie nam żal.

środa, 27 maja 2009

zostawiam

Zostawiam za sobą cały ten zgiełk. Tysiące myśli i złych podszeptów, krzyki w słuchawce, wyrzuty w głosie. Siadam na swoim ulubionym fotelu i uderzam w klawisze. Koi mnie ich dźwięk. Ta paradoksalna ulotność wypowiadanych słów, które malują się na ekranie. Ulotność, która przecież nigdy nie przeminie. Każdy dzień przynosi ze sobą wielość informacji. Przemierzam znane chodniki z lękiem przed kolejną przejażdżką złowrogą infostradą. Wszystko huczy, pulsuje, zbliża się do mnie niczym emocjonalna godzilla, a ja spokojnie próbuję się w tym odnaleźć. Wybija 16 i zamykam za sobą kolejne rozdziały. Godzina po godzinie, minuta po minucie. Zostaję z przekonaniem, że to jest możliwe - Iść do przodu w próżni własnych ambicji i oczekiwań.

poniedziałek, 25 maja 2009

życie w powietrzu

W powietrzu wyraźnie czuję więcej życia. Oddycham więc głębiej i niemal łapczywie. Zagarniam to, co nie moje. Trwam. Myślę o przeszłości. Przypominam sobie te chwile, gdy przekraczałam próg uczelni. Tej nie pierwszej, ale wreszcie prawdziwej. Mojej. Wszystko było nowe i przerażające. Marzenia i plany mieszały sie ze sobą. A ja w tym wszystkim taka mała i z buzią trochę okrąglejszą niż teraz szukałam swojego miejsca. Dziś wchodzę do tego budynku i szukam pokrzepienia. Zostały 3 tygodnie. Potem już inne będzie siedzenie w ławce i jedzenie bułki ze sklepu na rogu. Pożegnamy się dopiero we wrześniu, bo nikt nie miał czasu na napisanie swojej pracy, każdy żyje już w innym świecie. Przewartościowanym o natłok obowiązków i myśli. I choć jest kolorowy, to czasem taki obcy. Są emocje i uczucia, lęki i zwycięstwa. Jest inaczej.
Dlatego teraz tym bardziej, gdy wracam do domu ulicą Szewską i mam czas poczuć więcej życia, to chwila ta głęboko wchodzi w mą pamięć i każe napisać o sobie wieczorem.

piątek, 22 maja 2009

* * *

Boli mnie dzisiaj głowa. I jeszcze kilka innych rzeczy. Ale głowa jednak najbardziej, boli mnie cholera jedna i nic na nią nie pomaga. Ani proszek, ani herbata ani nawet wódka. W gąszczu myśli bolącej łepetyny poruszam się dziś z trudem i bezproduktywnie. Jedyna opcja to jakoś stłumić te tętniące emocje i niebywały ucisk w płacie czołowym. Szukam alternatywy dla odcięcia głowy - to plan na dziś. Trzymajcie kciuki.
Niedyspozycja myślowa okazuje się być najuciążliwszą ze wszystkich możliwych. Choroba postępuje szybko. Najpierw słowem nie żegnam się rano wychodząc z domu, potem denerwują mnie studenci w autobusie (Boże, są tak głośno!) i niczemu winne dziecko na przystanku (Niech że ono się zakmnie), dzwoniąca koleżanka (Czego ona znowu chce), M. w pracy (ile razy można się pytać o to samo?) aż wreszcie staje się najgorsze. Przychodzi mój znienawidzony szef, który chce żeby wszystko było zrobione najlepiej już wtedy jak jeszcze nie wiem co to będzie... Przychodzi i mówi, że czeka go operacja, a ja głupia, przez te bolącą głowę, przez ten szereg krwi buzującej w skroniach, przez to 'BUM BUM BUM', które pobrzmiewa od sześciu godzin, ja taka właśnie zagubiona i zrezygnowana... okazałam mu współczucie.
Jeszcze się zaprzyjaźnimy! Ola boga!

czwartek, 21 maja 2009

nowe twarze starych przyjaciół

Pamiętam ją sprzed kilku lat. "Nie wierzę w małżeństwo. Pewnie się rozstaniemy, bo B chce tradycyjnego domu. Z żoną, dziećmi i obiadem - ja nie mogę mu tego dać" I pamiętam ją sprzed roku "Zaręczyliśmy się! Następnego lata ślub a zaraz potem robimy dziecko. Jego przyszłe babcie już na nie czekają". Pomyślałam wtedy, że to takie niesprawiedliwe. Banalnie spokojnie i szczęśliwe życie zawsze było moim marzeniem. Naprawdę proste i nudne rzeczy: śniadania w pośpiechu, fotelik dziecięcy w samochodzie, nocne rozmowy o przyszłości, małe cele i marzenia - codzienność kontrolowana. Właśnie wtedy, w tamtej chwili, gdy stała przede mną licealna przyjaciółka, z tą iskrą w oku, która godna była pozazdroszczenia, myślałam, że jej się to nie należy, bo nigdy o tym nie marzyła. Egoistycznie i z trudem wydusiłam jak bardzo się cieszę - w duchu słysząć - "co będzie ze mną?". Tak. Trzeba się przyznać, że trudne decyzje nigdy nie byly moją mocną stroną. Marzenia były proste i cudowne, dążenie do nich - przerażająco trudne.
To było rok temu. Rok. Wydawalo się wtedy, że zawsze będę stała w miejscu. Z tych strachem, niezdecydowaniem - z wiecznym debetem uczuć i nadpłatą oczekiwań. I dzisiaj zupełnie nie wiem jak i skąd, zastanawiam się jaka pogoda będzie w kwietniu i czy dobrze będzie nam się tańczyć do Petera Gabriela, którego mało kto zna. Umiem się cieszyć szczęściem przyjaciół, bo nie boję się już swojego własnego. Dziś myślę sobie: M. czas się przyznać. Jesteś szczęśliwa. Nie szukaj nowych problemów.
I nie szukam. Jedyne, co napawa mnie lękiem to kiczowate życzenia Panny Młodej co do gadżetów na wieczór panieński...
Jedyne, co przeraża to nowe twarze starych przyjaciół.

wtorek, 19 maja 2009

świat z kolan mamy

Pamiętam jeszcze ten świat oglądany z kolan mamy. Wciąż widzę, jak jedziemy rowerem. Mama ma na głowie czapkę uszatkę, a ja siedzę na foteliku z tyłu. Dookoła straszny mróz, ale moja mama to dzielny bohater - najodważniejsza osoba na świecie - jedzie rowerem w wielkiej Moskwie z małą dziewczynką w wełnianych rajstopach za plecami. Pamiętam przeszywające zimno, które wymraża nozdrza. Naturalna sowiecka krioterapia. Lepię z dziećmi bałwana. Wystarczy przynieść z łazienki przedszkola trochę ciepłej wody, aby rzeźbić dowolne kształty. To cały mój świat. Mieszkanie z samowarem, starsza koleżanka z czwartego piętra, stary żółw mojego brata, który sika po sałacie. I te kolana mamy. Ciepłe i bezpieczne. Zabawa mikołajkowa ze skakaniem w workach  - jakoś dziwnie bez taty, za to z Mikołajem. Gdy tata się znalazł, Mikołaj zniknął. Była ta magia. W karnawale przebrana za kota- 3 lata mama przerabiała ten strój, żebym mogła się zmieścić. Ciepłe dzieciństwo w najzimniejszej części ziemi.
Dziś obserwuję znajomych, którym rodzą się dzieci i krytycznie patrzę na dzieciństwo, które im zapewniają. Jestem surowa, choć tylko w swojej głowie i wciąż myślę sobie: zamiast do sklepu, weźcie swoje dzieci na kolana, to wiele załatwia.
Łatwo mi się mówi. Nie buduję niczyich wspomnień. Wciąż jestem tą dziewczyną, której oczy się zapalają, gdy przymierza sukienkę w kolorze fuksji. Zapełniam konto w banku, wstaję rano, piszę pracę, urządzam wieczory panieńskie i chodzę na śluby. Jestem chyba trochę smutniejsza, choć zyskuję finansową i wewnętrzną wolność - a może odkrywam?
Ale ta odpowiedzialność największa wciąż przede mną. Te oczy, które wpatrzone we mnie będą chciały poznać świat, jeszce się nie narodziły.

niedziela, 17 maja 2009

opodatkowane błędy

Ponad dwa tysiące lat udokumentowanej historii ludzkości i nadal nikt nie stworzył inwentarza ludzkich błędów. A jakiż to mili Państwo wysiłek. Wystarczy, żeby każdy człowiek na całym świecie wraz ze złożeniem zeznania podatkowego miał obowiązek złożyć równieź ze(/wy)znanie swoich błędów. Jeden rok i pierwsze wydanie gotowe. Iluż zawodów i nieporozumień uniknęlibyśmy, gdyby każdej matce wraz z becikowym wysyłany był ów inwentarz. Już widzę te hasła - Wychowaj swoje dziecko na lepszego człowieka od siebie. W ramach cała Polska czyta dzieciom - poczytaj swojej pociesze inwenatrz ludzkich błędów. I tym sposobem małe Kasie i Marysie, miłe Barteczki i Tomeczki słyszałyby codziennie przed snem przestrogi ku lepszemu życiu: nie jedz dużo słodyczy, bo będziesz więcej chorować w przyszłości; nie kupuj na wf tenisówek z gumową podeszwą; nie stawaj w autobusie pod niczyją pachą; nie wjeżdżaj na żółtym na skrzyżowanie bo nie wiadomo czy zdążysz; nie wydawaj niezarobionych jeszcze pieniędzy; nie farbuj włosów na czarno; nie bierz każdej pracy, którą Ci zaproponują; nie jedz na raz całego opakowania Ptasiego Mleczka; nie podejmuj decyzji pochopnie; nie traktuj mężczyzny jak wroga; nie inwigiluj swojego mężczyzny 24 godziny na dobę; nie gotuj brokułów w nieposolonej wodzie; nie bierz ślubu w kwietniu; nie całuj się z kimś, kto nie jest wolny; nie wchodź na kładkę, która się chybocze; nie kochaj tego, kto nie kocha Ciebie; nie kupuj torebki większej od siebie; nie płacz przez niego; nie żałuj swoich decyzji; nie otwieraj balkonu, gdy chomik nie jest w klatce; etc. etc.
A jakież korzyści po latach! Przecież inwentarz ludzkich błędów musiałby się kiedyś wyczerpać a wówczas człowiek, czysty jak łza, niezraniony i zdrowy, wiódłby życie jak z bajki... nienagannie nudne i plastikowe.

P.S. Nad swoim wydaniem kieszonkowym i tak pracuję.

niedziela, 26 kwietnia 2009

my, Wy, oni

Jesteśmy czasem jak ogień i woda. Niezależni od siebie nawzajem. Ja, woda, płynę wartkim strumieniem, zawsze do jakiegoś celu z góry zaplanowanego, odwiecznego, niezmiennego. Płynę swoim strumieniem, w sobie tylko znanym tempie, a gdy napotykam na tamę w duchu przeklinam bobra, który ją zrobił. On, ogień, płonie pięknym i wiecznym blaskiem. Gdy się uprze, nikt i nic go nie powstrzyma. No... chyba, że woda.

piątek, 24 kwietnia 2009

więc o co mi chodzi

"Jest super. Jest super, więc o co Ci chodzi?!" - słyszę w swojej głowie, gdy poraz kolejny w tym tygodniu samotnie zasiadam do kolacji. M. w ciągłych rozjadzach. Praca jedna, praca druga, w wolnych chwilach (czyli od 23 do 6) kilkanaście pomniejszych fuch. Pracuje dla nas. Nawiązuje kontakty. Jest wszędzie tam, gdzie go potrzebują, gdzie coś się dzieje. Wiem, że to zaprocentuje, że to konieczne, że wiele ludzi żyje w ten sposób. Rozumiem i postawę rozumiejącą staram się utrzymać, gdy w wieczornej świadomości pojawia się myśl, że jego potrzebuję tak rozpaczliwie i egoistycznie, że nie chcę już spać w pustym łóżku. Chowam się za maską kobiety dojrzałej i w głosie słyszę ciągle ten tekst, znienawidzonego zresztą, Muńka Staszczyka i naprawdę nie wiem o co mi chodzi. W szarej rutynie codziennych obowiązków, moja praca od 8 do 16 i praca M. 24 h na dobę, giną gdzieś cicho i bez żalu, a zostają tylko plany i wspólne marzenia.

niedziela, 19 kwietnia 2009

czas na życie, które lubię

To pierwsza wiosna w moim życiu, która wraz ze słońcem przyniosła marazm. Wypadałoby powiedzieć, że to absurd i nieprawda. Że to niemożliwe... a jednak. Niecierpliwie liczę dni do lata. Do chwili, kiedy będę miała czas na życie, którę lubię.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

tego tyle

Jest tego tyle, że nie wiem od czego zacząć. Może więc niech wszystko się układa bez logiki i linearnego porządku. Zacznę więc chyba od środka. Od świątecznego mazurka i niewielkanocnego grejfruta w czekoladzie, na które przyszedł czas po kilku dniach wiosennej krzątaniny w chłodnych objęciach słońca.
Jest tego tyle, że w zasadzie trudno opowiedzieć coś z zachowaniem ładu i składu. Może więc nie chodzi o domknięcie historii, tylko o samo opowiadanie, snucie narracyjnej melodii, wiązanie węzełków na indywidualnym kipu. A może wręcz przeciwnie, skoro wszystko dzieje się szybko, to należałoby gdzieś rejestrować i dokumentować tę zmienność. Prowadzić rejestr dynamiki własnego życia.

Wplątałam się ostatnio w kilka rzeczy nowych. W spełnianie oczekiwań innych, w nadążanie za emocjonalnym dojrzewaniem, w ogarnianie trybów kapitalizmu. Innymi słowy: noszę na palcu pierścionek, chodzę do pracy na 9, a wieczorami piszę pracę magisterską. I marzę o dniu, gdy starania moje, tak przyziemne, monotonne, bezbrawne i powtarzalne - przyniosą ze sobą coś więcej- triumf małego wielkiego marzenia - życia samodzielnego. Z satysfakcją.

środa, 18 marca 2009

* * *

A na Jagiellońskiej znów słońce! Z małymi tylko przerwami na gwałtowne, acz krótkotrwałe śnieżyce, choć w zasadzie nic w tym dziwnego, bo to, co krótkotrwałe zazwyczaj gwałtowne bywa i nic więcej się na ten temat nie da powiedzieć. Siedzę bezpiecznie za nieszczelnymi oknami wydziałowej czytelni i z obojętnością obserwuję żywioły natury. Z obojętnością, bo zaangażowanie swoje oszczędzam do celów, tak zwanych, wyższych, czyli lektury przenikliwej, acz niewytrwałej, choć w zasadzie rzeczy te powinny iść w parze, ale u mnie nie idą. Otwieram swój zeszyt na notatki do pracy magisterskiej. Nowy. Chyba trzeci z kolei. Tym razem w wisieńki, bo owoce są takie witalne, że przecież powinny motywować. Pozostałe zeszyty były w okładki nieowocowe i skonczyły marnie: puste i nie wiadomo gdzie. I tak to właśnie teraz u mnie wygląda. Zero transcendencji, sama przyziemność wisienek i stosów książek, które pan Adaś cierpliwie przynosi z katalogu podręcznego czytelni. I czasem tylko ta śnieżyca w środku marca przypomina, że za nieszczelnymi oknami czytelni na Jagiellońskiej wciąż toczy się życie.

wtorek, 17 marca 2009

(ty)dzień ludzi dorosłych

Tydzień ludzi dorosłych zaczyna się w poniedziałek o 8 rano. Gdy włączają komputer i poprawiają ramkę zdjęcia na swoim biurku w pracy. Gdy patrzą na zegarek chcąc już wyjść do domu, choć przecież dopiero przyszli. A może i zaczyna się trochę wcześniej. Gdy po 6 dzwoni budzik, w czajniku gotuje się woda, w łazience zapala światło, w uszach dzwoni dźwięk suszarki.
Ludzie dorośli mają swoje rytuały i one porządkują im życie. Nadają mu sens i ukazują bezsens sensu. Bo, paradoksalnie, łatwiej żyje się, gdy sens jest nam nadany, aniżeli wtedy gdy się go szuka. Łatwiej jest patrzeć w swoje zapuchnięte oczy, gdy wiadomo po co chodzi się do pracy. Łatwiej biec po pracy do przedszkola, gdy czeka tam stęsknione dziecko. Łatwiej po raz milionowy kroić sałatę pekińską na to przeklęte burrito, gdy on je tak lubi. Słowem łatwiej jest, gdy czas nasz zapełniają nam te wszytskie rzeczy nad którymi się nie zastanawiamy, bo nie możemy, gdyż są nam nadane.
Łatwiej nam jest, gdy żyjemy.

piątek, 20 lutego 2009

tym razem nie patrzcie na Obamę ;)

anakolut rzeczywistości

Czytam dalej papcia Brandysa, bo, motyla noga, był chłopak całkiem mądry. I trafiam na to:
"(...) każdemu, kto wyłamał się z bloku zorganizowanego myślenia, grozi przyrośnięcie do innego bloku myślenia o przeciwnym napędzie. Niestety, tak jest. Co jednak nie oznacza, że tak jest nieuchronnie. Oznacza tylko, że człowiek, który chce myśleć samodzielnie, posuwa się między zębatymi kołami."* Przekładam to na swoje ontologiczne niepokoje. Bowiem musicie wiedzieć, że szukam ostatnio odpowiedzi na pytania podstawowe: kim jestem, dokąd zmierzam. Tak, zajmuję się ontologią i to wyłącznie, egoistycznie swoją własną. Zajmuję się tym wszystkim, na co inni tak rzadko mają czas. Bo praca, bo dzieci, bo mąż, bo kredyt za mieszkanie. Ja to wszystko dostrzegam, ja tego zazdroszczę i jednocześnie wyrażam pełne zrozumienia pobolewanie, że inni tak życie spędzać muszą i że ja wkrótce musze do tego dołączyć.
Ale nie teraz. Dziś mogę chodzić po ulicach i myśleć nad tym, czego potrzebuję. Mogę prać skarpetki w nowym, nabytym z konsumpcyjnej potrzeby boschu i karać siebie za pragnienia rozmyślań o swoim bycie i niebycie. Tak, jestem teraz jedną z tych denerwujących osób, która chciałaby chodzić do alternatywnych kawiarni i z czerwoną różą, przy stoliku nakrytym stylowym bieżnikiem czytać teksty Platona. Najlepiej w oryginale, jak snobistycznie i jak po krakowsku, to i na całego. Bo tam przecież wszystko się zaczęło. U Platona. W tym myśleniu sokratejsko - dialektycznym. Odpowiedzi chciałabym szukać u ojca dualizmu. Odpowiedzi na swój dualizm bytu i niebytu. I chciałabym używać trudnych i długich słów, np. na 'a', może 'anakolut'? I nosić czarny kapelusz, koniecznie. I czarny płaszcz, taki dwurzędowy przewiązany paskiem. Przechodniom kłaniać się w pas, jakby byli kimś znajomym. I mówić do siebie i wiecznie nie mieć czasu, bo przecież zajmowałabym się czymś istotniejszym niż zarabianie pieniędzy - drodzy Pańśtwo, ja bym się zajmowała samym bytem! I niebytem! Ot, co.
Tymczasem on zajmuje się mną. W tym zębatym kole. I dziś poczucie bytu odnajduję w prostych rzeczach. W tych wypranych skarpetkach, w smsie od M., w coverze "At last" w wykonaniu Beyonce. Cholernej** Beyonce! Niebywałe. I nie rozumiem nic z tego. Papcio Brandys przewraca się w grobie.



*K. Brandys, Nierzeczywistość, Chotomów 1989, s. 106.
** czy kogoś uraziłam?

czwartek, 19 lutego 2009

* * *

Czy to tylko ja, czy w tramwaju rzeczywiście czułam dziś zapach pączków? Te śmieszne, nostalgiczne, świeckie tradycje. Stałe małe punkty w corocznym obrządku. Miłe.
A pośród tego wszystkiego nieoficjalny szczyt NATO na naszej krakowskiej ziemi. No i demonstracje. Utknęłam dzisiaj w tramwaju na dłuższą chwilę, bo demonstracja musiała się wedrzeć na podbarbakańskie ulice i naszła mnie refleksja, czy ludzie rzeczywiście potrzebują kontroli. Wydaje się, że naprawdę potrzebny jest ktoś, kto skontroluje bilety w autobusie, bo gdyby go nie było, to nikt by nie kasował. Jest, a ludzie dalej nie kasują. Wydaje się, że potrzebna jest policja, bo gdyby nie było, to wszyscy by kradli, zabijali i gwałcili. Jest, a i tak kradną, zabijają i gwałcą. Wydaje się, że potrzebny jest rząd, bo inaczej kraj popadłby w kryzys. Jest, a i tak wszystko w kryzysie. Wreszcie wydaje się, że potrzebny byłby ktoś, kto umiałby zapanować nad emocjami jednostki. Tak, definitywnie tęskno mi za szamanem (szafarzem?) dusz ludzkich. Takim, który przynosiłby ukojenie. Za tę ulgę, za spokój serca i sumienia, do głowy by mi nie przyszło biletu nie kasować. Ale tak się nigdy nie stanie. Bo przecież nic kosztem wolności. Kosztem kontroli. Napisał Brandys " w moim przekonaniu wolność zdobywa się samemu i tylko na sobie, ale to jest moje przekonanie najzupełniej osobiste"*. Może i miał rację papcio Brandys. I może właśnie dlatego, jak każdy i jak panowie z demonstracji antyglobalistów, potrzebuję kontroli.


* K. Brandys, Nierzeczywistość, Chotomów 1989, s. 24.

poniedziałek, 16 lutego 2009

dopiero połowa lutego

Są czasami takie dni, gdy w moim życiu jest bardzo cicho. Wstaję, gdy się obudzę. Wolno podnoszę rolety. Parzę zieloną herbatę w swoim ulubionym kubku. Nigdzie mi się nie spieszy, choć przecież zawsze jest coś do zrobienia. Mobilizacji zupełny brak. Budzę się powoli. Długo leżę pod swoim beżowym polarowym kocem oglądając głupawą poranną telewizję. Potem dwa odcinki "Przyjaciół", których wszystkie 10 serii miałam na płytach i gdzieś zapodziałam. Suma sumarum mój dzień zaczyna się w południe, gdy wyłączam telewizor i idę się ubrać. W mieszkaniu robi się bardzo cicho. Wszyscy dookoła pewnie w pracy, w szkole, na uczelni - są gdzieś, gdzie być muszą, gdzie ich niesie. Są z innymi, drugimi, bliskimi. Są z ludźmi, w gwarze, w hałasie, w świecie, w życiu. Gdzieś tam pędzą, mają cele - realne, te bliskie, te do spełnienia.

Ja jestem w ciszy. Przez większość dnia nikt nie sprawdza co robię i czy zrobię. Czas przecieka przez palce i wciąż mówię sobie: Dopiero połowa lutego. Lutego, nie marca. Na zmianę z: Matko, to już połowa lutego, od dwóch tygodni nic nie robisz! I wkrótce potem zasiadam. Może coś czytam, może coś oglądam, może z kimś piszę, może jedynie komuś piszę. W pustce szukam zbawiennego planu, który pomógłby mi działać, podczas gdy wokół inni żyją tym tzw. prawdziwym życiem - w pracy, w szkole, na uczelni... A ja czekam i świętuję każdy kolejny dzień, w którym nie usłyszę, że ktoś jest w ciąży czy że ktoś się zaręczył. Dość już tych ciąży - myślę sobie - Dopiero połowa lutego. Lutego, nie marca.

niedziela, 15 lutego 2009

her morning elegance

pokornie

W minionym tygodniu spotkałam się z marzeniem. Najpierw był dźwięk telefonu, kilka słów, potem drżenie. W głosie, w głowie, w nogach. Siedziałam w korytarzyku wydawnictwa na czerwonej i skórzanej kanapie i czułam moje marzenie. Jego zapach, jego pośpiech, jego od 8 do 16 przy komputerze z tabliczką z imieniem i nazwiskiem na biurku, z ramką na zdjęcia na twarze najbliższych, służbowym komputerem i adresem mailowym. Siedziałam i drżało we mnie marzenie. I teraz jestem przed biurkiem, i mam komputer i adres mailowy. I ramkę na zdjęcia. Tabliczkę mogę dorobić. Marzenia nie udało się spełnić. Marzenie nauczyło pokory.

Dziwny to był tydzień, pełen emocji, rezygnacji, niskiej samooceny, śniegu za oknem, herbaty w kubku. Mój lekkomyślny M. wziął mnie do zamkniętego zakonu męskiego. Jego firma kręci w nim film o powstaniu pewnego kazimierskiego zgromadzenia braci zakonnych, a ja miałam być tą ozdobą. Tą twarzą, na którą M. spojrzy po 12 godzinie pracy i która się do niego uśmiechnie. Przyniesie kanapkę. Będzie pamiętała o plastrze na bolący mały palec u nogi skaleczony w nowych butach, an które go namówiłam. Zakon to takie miejsce, w którym żyje się ciszą. W którym nie z przymusu siedzi się w bibliotece. Czyta się przy świecach. Opowiada się historie. Rozmawia się ze sobą i nie może sie już na siebie patrzeć. Chłopak z nowicjatu przez rok nie może pojechać do domu, nie ma kontaktu z innymi ludźmi, z zakonu wychodzi 2 razy w tygodniu - na zajęcia w seminarium. Mój widok był dla niego czymś interesującym. Nie byłam kobietą, którą tylko mijał na zajęcia w drodze do seminarium, ani tą zakonnicą, która przygotowuje posiłki, ani panią od łaciny czy od filozofii. Byłam tam i siedziałam w otoczeniu lamp i mikrofonów. Byłam nie robiąc nic namacalnego. Byłam wspierając i mogłam mimochodem porozmawiać z nim. Z jego światem pełnym książek w jego "celi" , z jego światem bez internetu, komórki, telewizora... bez muzyki...

Życie ma tak wiele odcieni. Są one niczym równoległe światy, bo przecież świat, w którym żyję ja, moje marzenie i nowicjusz, nie może być ten sam. Nie może. Prawda?

sobota, 31 stycznia 2009

film 1x dziennie

We wtorek zdaję egzamin z metodyki nauczania, który podobno jest trudny i stresujący, ale nie daję się zwariować i raz dziennie puszczam sobie jakiś film. Wiele lat trwa we mnie bój o to, czy film czy literatura robi na mnie większe wrażenie i wszelkie rozważania na ten temat ucinam zawsze tym samym stwierdzeniem (a może wytłumaczeniem), że nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, bo film a książka to dwa różne poziomy wrażliwości, choć i jedno i drugie dostarczać może przeżyć równie intensywnych, co i równie banalnych.
Postanowienie moje na tę sesję było jednak jednoznaczne: jeden film dziennie z tych nominowanych do Oscara, nie tylko w kategorii 'najlepszy film'. Tym sposobem widzialam już bidulkę Angelinę Jolie poszukującą filmowego syna i dwa razy dobrze grającą Kate Winslet. Dziś czas przyszedł na Obywatela Milka i muszę powiedzieć, że choć film na pewno potrzebny, to nie tak potrzebny jak doświadczenie gry aktorskiej Seana Peana. Jesli ten człowiek nie zostal gejem w ostatnich latach, to jest to kreacja aktorska dyskusji o niej warta. Naturalnie, przekonująco, prawdziwie i ludzko - tego szukam w kinie. Tego poczucia zapomnienia, że to co na ekranie to jedynie obraz filmowy a nie życie rozgrywające się za rogiem. Słowo daje, czuję jeszcze jak przemierzam ulice San Francisco, krok w krok za ramieniem Seana Peana.

piątek, 30 stycznia 2009

nie ma odwrotu

Zgodnie z tradycją w moim domu odbyło się dzisiaj doroczne pieczenie faworków (tudzież chrustu). Nie wiem dlaczego mówi się, że faworki się piecze, skoro de facto się je smaży, lecz tę frapującą myśl zostawić muszę na inny termin. Otóż musicie wiedzieć, że podział ról przy pieczeniu faworków jest ściśle określony. Kobiety zajmują się rozwałkowywaniem(?!) ciasta i nadzorują smażenie faworków - przewracanie, wyciąganie, wrzucanie - czyli wszystko to, przy czym można się nieźle poparzyć, podczas gdy dzieci tną ciasto na paski i formują faworki, natomiast te usmażone posypują mieszanką cukru pudru i cukru waniliowego. Wydarzenie jest kameralne, choć oczywiście doniosłe, bo cóż jest piękniejszego od zbieraniny rodzinnej w ciasnej kuchni, w której po pół godziny smażenia nie da się oddychać (mimo, że nawiew chodzi), a po fakcie wszyscy pachną jak jeden wielki faworek od czubka głowy po koniuszki palców (bez obaw - doroczne zmywanie z siebie pieczenia faworków też jest tradycją)
Nie zapach tłuszczu i nie konsternację językową zapamiętam z dzisiejszego pieczenia.
Otóż dzisiaj, moi mili, mama poraz pierwszy ustawiła mnie na stanowisku smażenia faworków. W jej oczach przekroczyłam magiczną granicę dzierżenia łopatki i odsączania wypieków z tłuszczu, z wszelkimi tego udogodnieniami i niebezpieczeństwami.
A gdy w oczach rodziców jawimy się jako dorośli, to nie ma odwrotu. Jest po co żyć.

środa, 28 stycznia 2009

baltazar

Przeczytałam Baltazara Mrożka i z pełnym przekonaniem stwierdzam, że dopiero teraz rozumiem ideę carpe diem. My naprawdę nie dostrzegamy jak wiele dzieje się każdego dnia. Wiele tego, co trzeba docenić i pamiętać...
Mocna autobiografia. Tak mocna, bo na granicy nieuchwytnej fantazji i głębokiego przekonania, że przecież "ja", który piszę powinienem wiedzieć o sobie wszystko.
Właśnie. Jedynie powinienem.

Kiedy człowiek jest młody, próbuje wyprzedzić świat. Potem zaledwie dotrzymuje mu kroku, aż wreszcie zaczyna być przez świat wyprzedzany.

(S. Mrożek, Baltazar, Warszawa 2006, s. 248)

niedziela, 25 stycznia 2009

(prawie) w MET

Wybraliśmy się wczoraj z moim M. (prawie) do opery. Prawie, bo uraczyliśmy swoją obecnością Kino Kijów, w którym transmitowano na żywo operę "Orfeusz i Eurydyka" z nowojorskiego METropolitan Opera. Co prawda wszystko działo się dokładnie w tym czasie, w którym siedzieliśmy na sali kinowej, przebieraliśmy nogami na głos kobiecy, który rzeczywiście w tej właśnie chwili unosił się nad deskami opery... ale jednak kilkadziesiąt kilometrów od nas i jednak była to transmisja. W swoim dojrzałym życiu nie byłam nigdy w operze, a i ta krakowska, świeżo wyremontowana jeszcze nie gościła mnie w swych prograch, co czym prędzej pragnę nadrobić po wczorajszym wieczorze. Faktem jest, że entuzjastką "robienia" sztuk ponowoczesnych, czyli tych, które (wbrew przypisywanej sobie ideologii) opierają się jedynie na robieniu miszmaszu z kultury wysokiej i masowej, byłam jakieś 4 lata temu. Wówczas Sen nocy letniej grany na Scenie Kameralnej Starego wydawał mi się mistycznym, nowatorskim, odkrywczym objawieniem nie mających sobie równych. Byłam zachwycona łamaniem wszystkich konwencji i świętości, na barykady mogłam iść wykrzykując hasła: sztuka dla ludu! Później jednak w miarę dojrzewania mojej odbiorczej percepcji los się trochę odmienił. Zaczęłam tęsknić do patosu i konwencji sztuki wysokiej. Rozpaczliwie szukałam przedstawień zrobionych "w starym stylu", na "tradycyjną modłę", bo chciałam uczestniczyć w czymś wielkim i podniosłym, w wyprasowanej koszuli, z intelektem w stanie najwyższej gotowości, z tyłkiem siedzącym na atłasowym fotelu a nie drewnianym krzesełku.
I z tym głodem zmierzałam na operę. Niewiele brakowało abym się rozczarowała i to wcale nie dlatego, że Orfeusz nie był grany przez kastrata tak, jak to bywało począwszy od pierwszego wiedeńskiego przedstawienia z XVIII-tego wieku. Nie było baletu, był modern jazz. Nie było fraków były ciuchy z bio-bawełny. Nie było antraktów, był amor spuszczany na linie w brokatowym różowiącym się ubranku. A jednak było niesamowicie. W tej operze najważniejsza konwencja była zachowana. "Grało" wszystko! Głosy solistów, stopy tancerzy, skrzypiąca drewniana podłoga w MET. Grały zmiany dekoracji, grały twarze chorzystów, grało nawet światło, choć wiem, że to jedynie zasługa naszych czasów i postępu technologicznego.
Ale suma sumarum grało tyle, że szkoda mi było młodego koleżki, który siedział dwa rzędy przed nami i zajadał nachosy popijając pepsi.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

coś, czego szukam

Jest coś, czego szukam w literaturze i filmie, i zdaje się, że najprościej nazwać to - poruszeniem. Musi być tak, że książka czy film mnie porusza. Że czuję po prostu - Tak. Dzisiaj poznałam coś wartościowego. Nie zdarzyło mi się to nigdy przy oglądaniu hollywoodzkich produkcji. Jakkolwiek jako młoda pannica uznałam, że Titanic był smutny, a Armageddon widowiskowy, to większe wrażenie na mojej psychice robiły książki o Ani z Zielonego Wzgórza niż sceny filmowe. I w zasadzie tak pozostało do dzisiaj. W zasadzie, bo dzisiaj obejrzałam Ciekawy przypadek Benjamina Buttona, i właściwie wszystko mogło mi ten film obrzydzić. Czas jego trwania, rozmach produkcji, odtwórca głównej roli. Jednak historia opowiedziana w tym filmie się obroniła. Nie wiem czy to zasługa Fitzgeralda, czy może wrażenie przejmującej autentyczności uczuć tych postaci w historii, która nigdy nie mogła się wydarzyć. (no właśnie... nie mogła?) Ale tknęło mnie. Tknęło mnie do żywego. Choć nie jest to film wybitny i nigdy nim nie zostanie.

środa, 14 stycznia 2009

ten dzień

Oj nie wyszedł mi ten dzień, nie wyszedł. Rano przypaliłam wodę na parówki, a adepci sztuki kulinarnej wiedzą, że jest to wyczyn wymagający nie lada kunsztu w totalnym nieradzeniu sobie z gotowaniem, bo przecież wody przypalić się nie da. A jednak!
Potem czytałam Sartre'a, który jest taki egzystencjalny i którego powinnam przecież rozumieć już na piątym roku studiów, i choć to samo odczucie będące wypadkową aspiracji do rozumienia i desperacji z niezrozumienia towarzyszy z pewnością większości mojego roku oraz części uczestników studiów doktoranckich powinno mnie pocieszać. A jednak...
Następnie pojechałam po mojego tatę, który ostatnio ma kłopoty z sercem i musiał poddać się kolejnemu badaniu, który to podstępnie zaciągnął mnie do Ikei i wielogodzinnego oglądania lamp. Oglądania, nie kupowania, bo kupowanie bym przeboleć mogła jako wyznawczyni pragmatyzmu w każdej formie, a najlepiej w czystej. Wyciągnął mnie, a ja jak na złość uderzyłam go klapą od bagażnika w głowę.( Jest siniak i oby nie wstrząśnienie mózgu). Po czym rozcięłam mu rękę bramą od garażu.( Krwawi i wymagała  opatrunku z bandaża elastycznego) I możnaby pomyśleć, że niezdarny odsetek gatunku ludzkiego i jego współczucie, które na pewno by było, gdy wiedzieli o moim istnieniu powinno mnie podnosić na duchu. A jednak, jednak...
Po obiedzie postanowiłam zrobić coś dobrego dla domu, może dlatego, że tata musiał się położyć, osłabiony siłą uderzeń, które przyjął na siebie od swojej kochającej córki, i mam nadzieję, że miłość moja jest conajmniej tak silna jak matki Harrego Pottera i po wszystkich zdarzeniach pozostanie jedyna blizna. Może dlatego, a może po prostu z poczucia głęboko zakorzenionego obowiązku, postanowiłam zrobić pranie. Bo cóż złego mogę komuś praniem zrobić. I wydawałoby się, że pralki przecież nie psują się tak często i że przypadkiem przez kogoś zostawiona brązowa skarpetka niekoniecznie musi przecież zafarbować białe pranie i powinno mnie pocieszać, że prawdopobieństwo wystąpienia tych czynników razem jest przecież znikome. A jednak... jednak... jednak nie pociesza.
Mili, jest dopiero przed 19.

wtorek, 13 stycznia 2009

hipoteki

Odwiedzam przeglądarki, które wyliczają moją zdolność kredytową. W dodatku fikcyjną. Łapię doła. Niefikcyjnego. Ostatnie dni i tygodnie tak wulgarnie wżynają się w te kilka beztroskich miesięcy, że cała radość oddechu wolności, który mi pozostał odchodzi małymi krokami. Łykami. Upragnionymi haustami. Dodaje do ulubionych portale typu pracuj.pl. Na odstraszenie złych mocy.

! ! !

Kto nie głosuje, ten świnia!

http://www.blogroku.pl/szukaj.html?q=bialezeszyty

poniedziałek, 12 stycznia 2009

kawa w bunkrze

Na szczęście są jeszcze takie dni, w których cenne swe godziny spędzamy na upojnych spotkaniach przy kawie w bunkrze. Na tych chwilach, gdy perlisty śmiech króluje ponad naszym stolikiem, a usta nie zamykają się od nadmiaru słów tak ochoczo wypowiadanych do śmiejących się oczu z drugiego końca stolika. To te dni, w których bieg czasu nei wydaje się taki straszny, choć większość kwestii zaczyna się od: " a pamiętacie jak wtedy...", " a mówiliśmy, że nigdy". I owszem pamiętamy, i owszem mówiliśmy. A jakże!

wtorek, 6 stycznia 2009

winter wonderland

W oczach się dzisiaj mieniło śniegiem, który chrupał z każdym mym stąpnięciem. Gdyby nie fakt, że moje kolanko przymarzało lekko mimo otulenia ciepłą rajstopą, chciałoby się tę chwilę zatrzymać. Popłynąć w niej tak zimowo, beztrosko, bezpiecznie.
Przyszedł czas powrotu na uczelnię. Brutalnego czasu pracy i otwierania książek. Stawiania pierwszych w tym roku kropek w sporządzanych notatkach. Czytania lektur przez nikogo nie chcianych. Ciężki to powrót. Szczególnie, że ostatni. A powinno być na odwrót.(?) Za ostatnim ciosem powinnam iść śmiało, w rękach dzierżąc dziarsko pióro pełne atramentu zmieszanego z intelektem.
Los o tym wie. Była awaria kanalizacji i odwołano popołudniowe zajęcia. Niech żyje mróz! I ja uśmiechająca się wdzięcznie do skrzypiącego zimą śniegu.

niedziela, 4 stycznia 2009

dojrzale?

Gdy zostajesz sama jak palec przy weselnym stole; gdy pierwszy raz jego oczy nie są pobłażliwe po Twojej głupocie; gdy zagryzasz zęby podczas jego nudnej historii; gdy już nawet nie udaje, że lubi tańczyć; gdy irytuje, że przez godzinę łaskocze pod kolanem; gdy niebo znów ma swój stary kolor, a tramwaje znowu się spóźniają - gdy życie wraca do szarości biegu a Ty wciąż masz ochotę widzieć tę twarz -to jest, zdaje się moi mili, wtedy gdy mija zakochanie a miłość pozostaje. Ciężko jest kochać tak zwyczajnie i codziennie. Zwłaszcza, gdy nigdy wcześniej się tego nie robiło. Gdy zawsze stawiało się ten mur, zwany brakiem zaangażowania. Ciężko się spierać o dwie równorzędne racje. A jednak to robimy. Wytrwale, rzeczowo, naiwnie czy zawzięcie. Cholera jasna, jak związek jest ważny w życiu i jakie to smutne, że mimo mojego dawno już osiągniętego popodlotkowego wieku dociera to do mnie dopiero teraz. Bo wstyd trochę dojrzewać dopiero wtedy, gdy ta druga połowa w głowie usadza już naszych gości weselnych i ma wybrane imiona dla dzieci. Naszych, nie tych prototypowych, co się czasem w dzieciństwie sobie w głowie roi: starszy chłopiec i młodsza dziewczynka. On widzi naszą przyszłośc z krwi i kości. I nie boi się tego. I jest mężczyżną. Czyż w komediach romantycznych nie jest na odwrót? Ale to jest nasza komedia. Co by nie dorzucić, że boska.
Spojrzałam na niego przy tym weselnym stole, w otoczeniu kilku młodych par (tych młodych, tych kilku i kilkunastodniowych) i tych, którzy przyszli z kimś, bo samemu głupio. Spojrzałam i tknęło mnie, że to już wszystko na poważnie. Że konto w banku, że oferty mieszkaniowe, że obrona w czerwcu, że pierścionek już gdzieś w sklepie, że jego oczy w moje szczerze są wpatrzone.
Narkoza zakochania została utracona, a życie wciąż cieszy. I grzeszy.