sobota, 31 stycznia 2009

film 1x dziennie

We wtorek zdaję egzamin z metodyki nauczania, który podobno jest trudny i stresujący, ale nie daję się zwariować i raz dziennie puszczam sobie jakiś film. Wiele lat trwa we mnie bój o to, czy film czy literatura robi na mnie większe wrażenie i wszelkie rozważania na ten temat ucinam zawsze tym samym stwierdzeniem (a może wytłumaczeniem), że nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, bo film a książka to dwa różne poziomy wrażliwości, choć i jedno i drugie dostarczać może przeżyć równie intensywnych, co i równie banalnych.
Postanowienie moje na tę sesję było jednak jednoznaczne: jeden film dziennie z tych nominowanych do Oscara, nie tylko w kategorii 'najlepszy film'. Tym sposobem widzialam już bidulkę Angelinę Jolie poszukującą filmowego syna i dwa razy dobrze grającą Kate Winslet. Dziś czas przyszedł na Obywatela Milka i muszę powiedzieć, że choć film na pewno potrzebny, to nie tak potrzebny jak doświadczenie gry aktorskiej Seana Peana. Jesli ten człowiek nie zostal gejem w ostatnich latach, to jest to kreacja aktorska dyskusji o niej warta. Naturalnie, przekonująco, prawdziwie i ludzko - tego szukam w kinie. Tego poczucia zapomnienia, że to co na ekranie to jedynie obraz filmowy a nie życie rozgrywające się za rogiem. Słowo daje, czuję jeszcze jak przemierzam ulice San Francisco, krok w krok za ramieniem Seana Peana.

piątek, 30 stycznia 2009

nie ma odwrotu

Zgodnie z tradycją w moim domu odbyło się dzisiaj doroczne pieczenie faworków (tudzież chrustu). Nie wiem dlaczego mówi się, że faworki się piecze, skoro de facto się je smaży, lecz tę frapującą myśl zostawić muszę na inny termin. Otóż musicie wiedzieć, że podział ról przy pieczeniu faworków jest ściśle określony. Kobiety zajmują się rozwałkowywaniem(?!) ciasta i nadzorują smażenie faworków - przewracanie, wyciąganie, wrzucanie - czyli wszystko to, przy czym można się nieźle poparzyć, podczas gdy dzieci tną ciasto na paski i formują faworki, natomiast te usmażone posypują mieszanką cukru pudru i cukru waniliowego. Wydarzenie jest kameralne, choć oczywiście doniosłe, bo cóż jest piękniejszego od zbieraniny rodzinnej w ciasnej kuchni, w której po pół godziny smażenia nie da się oddychać (mimo, że nawiew chodzi), a po fakcie wszyscy pachną jak jeden wielki faworek od czubka głowy po koniuszki palców (bez obaw - doroczne zmywanie z siebie pieczenia faworków też jest tradycją)
Nie zapach tłuszczu i nie konsternację językową zapamiętam z dzisiejszego pieczenia.
Otóż dzisiaj, moi mili, mama poraz pierwszy ustawiła mnie na stanowisku smażenia faworków. W jej oczach przekroczyłam magiczną granicę dzierżenia łopatki i odsączania wypieków z tłuszczu, z wszelkimi tego udogodnieniami i niebezpieczeństwami.
A gdy w oczach rodziców jawimy się jako dorośli, to nie ma odwrotu. Jest po co żyć.

środa, 28 stycznia 2009

baltazar

Przeczytałam Baltazara Mrożka i z pełnym przekonaniem stwierdzam, że dopiero teraz rozumiem ideę carpe diem. My naprawdę nie dostrzegamy jak wiele dzieje się każdego dnia. Wiele tego, co trzeba docenić i pamiętać...
Mocna autobiografia. Tak mocna, bo na granicy nieuchwytnej fantazji i głębokiego przekonania, że przecież "ja", który piszę powinienem wiedzieć o sobie wszystko.
Właśnie. Jedynie powinienem.

Kiedy człowiek jest młody, próbuje wyprzedzić świat. Potem zaledwie dotrzymuje mu kroku, aż wreszcie zaczyna być przez świat wyprzedzany.

(S. Mrożek, Baltazar, Warszawa 2006, s. 248)

niedziela, 25 stycznia 2009

(prawie) w MET

Wybraliśmy się wczoraj z moim M. (prawie) do opery. Prawie, bo uraczyliśmy swoją obecnością Kino Kijów, w którym transmitowano na żywo operę "Orfeusz i Eurydyka" z nowojorskiego METropolitan Opera. Co prawda wszystko działo się dokładnie w tym czasie, w którym siedzieliśmy na sali kinowej, przebieraliśmy nogami na głos kobiecy, który rzeczywiście w tej właśnie chwili unosił się nad deskami opery... ale jednak kilkadziesiąt kilometrów od nas i jednak była to transmisja. W swoim dojrzałym życiu nie byłam nigdy w operze, a i ta krakowska, świeżo wyremontowana jeszcze nie gościła mnie w swych prograch, co czym prędzej pragnę nadrobić po wczorajszym wieczorze. Faktem jest, że entuzjastką "robienia" sztuk ponowoczesnych, czyli tych, które (wbrew przypisywanej sobie ideologii) opierają się jedynie na robieniu miszmaszu z kultury wysokiej i masowej, byłam jakieś 4 lata temu. Wówczas Sen nocy letniej grany na Scenie Kameralnej Starego wydawał mi się mistycznym, nowatorskim, odkrywczym objawieniem nie mających sobie równych. Byłam zachwycona łamaniem wszystkich konwencji i świętości, na barykady mogłam iść wykrzykując hasła: sztuka dla ludu! Później jednak w miarę dojrzewania mojej odbiorczej percepcji los się trochę odmienił. Zaczęłam tęsknić do patosu i konwencji sztuki wysokiej. Rozpaczliwie szukałam przedstawień zrobionych "w starym stylu", na "tradycyjną modłę", bo chciałam uczestniczyć w czymś wielkim i podniosłym, w wyprasowanej koszuli, z intelektem w stanie najwyższej gotowości, z tyłkiem siedzącym na atłasowym fotelu a nie drewnianym krzesełku.
I z tym głodem zmierzałam na operę. Niewiele brakowało abym się rozczarowała i to wcale nie dlatego, że Orfeusz nie był grany przez kastrata tak, jak to bywało począwszy od pierwszego wiedeńskiego przedstawienia z XVIII-tego wieku. Nie było baletu, był modern jazz. Nie było fraków były ciuchy z bio-bawełny. Nie było antraktów, był amor spuszczany na linie w brokatowym różowiącym się ubranku. A jednak było niesamowicie. W tej operze najważniejsza konwencja była zachowana. "Grało" wszystko! Głosy solistów, stopy tancerzy, skrzypiąca drewniana podłoga w MET. Grały zmiany dekoracji, grały twarze chorzystów, grało nawet światło, choć wiem, że to jedynie zasługa naszych czasów i postępu technologicznego.
Ale suma sumarum grało tyle, że szkoda mi było młodego koleżki, który siedział dwa rzędy przed nami i zajadał nachosy popijając pepsi.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

coś, czego szukam

Jest coś, czego szukam w literaturze i filmie, i zdaje się, że najprościej nazwać to - poruszeniem. Musi być tak, że książka czy film mnie porusza. Że czuję po prostu - Tak. Dzisiaj poznałam coś wartościowego. Nie zdarzyło mi się to nigdy przy oglądaniu hollywoodzkich produkcji. Jakkolwiek jako młoda pannica uznałam, że Titanic był smutny, a Armageddon widowiskowy, to większe wrażenie na mojej psychice robiły książki o Ani z Zielonego Wzgórza niż sceny filmowe. I w zasadzie tak pozostało do dzisiaj. W zasadzie, bo dzisiaj obejrzałam Ciekawy przypadek Benjamina Buttona, i właściwie wszystko mogło mi ten film obrzydzić. Czas jego trwania, rozmach produkcji, odtwórca głównej roli. Jednak historia opowiedziana w tym filmie się obroniła. Nie wiem czy to zasługa Fitzgeralda, czy może wrażenie przejmującej autentyczności uczuć tych postaci w historii, która nigdy nie mogła się wydarzyć. (no właśnie... nie mogła?) Ale tknęło mnie. Tknęło mnie do żywego. Choć nie jest to film wybitny i nigdy nim nie zostanie.

środa, 14 stycznia 2009

ten dzień

Oj nie wyszedł mi ten dzień, nie wyszedł. Rano przypaliłam wodę na parówki, a adepci sztuki kulinarnej wiedzą, że jest to wyczyn wymagający nie lada kunsztu w totalnym nieradzeniu sobie z gotowaniem, bo przecież wody przypalić się nie da. A jednak!
Potem czytałam Sartre'a, który jest taki egzystencjalny i którego powinnam przecież rozumieć już na piątym roku studiów, i choć to samo odczucie będące wypadkową aspiracji do rozumienia i desperacji z niezrozumienia towarzyszy z pewnością większości mojego roku oraz części uczestników studiów doktoranckich powinno mnie pocieszać. A jednak...
Następnie pojechałam po mojego tatę, który ostatnio ma kłopoty z sercem i musiał poddać się kolejnemu badaniu, który to podstępnie zaciągnął mnie do Ikei i wielogodzinnego oglądania lamp. Oglądania, nie kupowania, bo kupowanie bym przeboleć mogła jako wyznawczyni pragmatyzmu w każdej formie, a najlepiej w czystej. Wyciągnął mnie, a ja jak na złość uderzyłam go klapą od bagażnika w głowę.( Jest siniak i oby nie wstrząśnienie mózgu). Po czym rozcięłam mu rękę bramą od garażu.( Krwawi i wymagała  opatrunku z bandaża elastycznego) I możnaby pomyśleć, że niezdarny odsetek gatunku ludzkiego i jego współczucie, które na pewno by było, gdy wiedzieli o moim istnieniu powinno mnie podnosić na duchu. A jednak, jednak...
Po obiedzie postanowiłam zrobić coś dobrego dla domu, może dlatego, że tata musiał się położyć, osłabiony siłą uderzeń, które przyjął na siebie od swojej kochającej córki, i mam nadzieję, że miłość moja jest conajmniej tak silna jak matki Harrego Pottera i po wszystkich zdarzeniach pozostanie jedyna blizna. Może dlatego, a może po prostu z poczucia głęboko zakorzenionego obowiązku, postanowiłam zrobić pranie. Bo cóż złego mogę komuś praniem zrobić. I wydawałoby się, że pralki przecież nie psują się tak często i że przypadkiem przez kogoś zostawiona brązowa skarpetka niekoniecznie musi przecież zafarbować białe pranie i powinno mnie pocieszać, że prawdopobieństwo wystąpienia tych czynników razem jest przecież znikome. A jednak... jednak... jednak nie pociesza.
Mili, jest dopiero przed 19.

wtorek, 13 stycznia 2009

hipoteki

Odwiedzam przeglądarki, które wyliczają moją zdolność kredytową. W dodatku fikcyjną. Łapię doła. Niefikcyjnego. Ostatnie dni i tygodnie tak wulgarnie wżynają się w te kilka beztroskich miesięcy, że cała radość oddechu wolności, który mi pozostał odchodzi małymi krokami. Łykami. Upragnionymi haustami. Dodaje do ulubionych portale typu pracuj.pl. Na odstraszenie złych mocy.

! ! !

Kto nie głosuje, ten świnia!

http://www.blogroku.pl/szukaj.html?q=bialezeszyty

poniedziałek, 12 stycznia 2009

kawa w bunkrze

Na szczęście są jeszcze takie dni, w których cenne swe godziny spędzamy na upojnych spotkaniach przy kawie w bunkrze. Na tych chwilach, gdy perlisty śmiech króluje ponad naszym stolikiem, a usta nie zamykają się od nadmiaru słów tak ochoczo wypowiadanych do śmiejących się oczu z drugiego końca stolika. To te dni, w których bieg czasu nei wydaje się taki straszny, choć większość kwestii zaczyna się od: " a pamiętacie jak wtedy...", " a mówiliśmy, że nigdy". I owszem pamiętamy, i owszem mówiliśmy. A jakże!

wtorek, 6 stycznia 2009

winter wonderland

W oczach się dzisiaj mieniło śniegiem, który chrupał z każdym mym stąpnięciem. Gdyby nie fakt, że moje kolanko przymarzało lekko mimo otulenia ciepłą rajstopą, chciałoby się tę chwilę zatrzymać. Popłynąć w niej tak zimowo, beztrosko, bezpiecznie.
Przyszedł czas powrotu na uczelnię. Brutalnego czasu pracy i otwierania książek. Stawiania pierwszych w tym roku kropek w sporządzanych notatkach. Czytania lektur przez nikogo nie chcianych. Ciężki to powrót. Szczególnie, że ostatni. A powinno być na odwrót.(?) Za ostatnim ciosem powinnam iść śmiało, w rękach dzierżąc dziarsko pióro pełne atramentu zmieszanego z intelektem.
Los o tym wie. Była awaria kanalizacji i odwołano popołudniowe zajęcia. Niech żyje mróz! I ja uśmiechająca się wdzięcznie do skrzypiącego zimą śniegu.

niedziela, 4 stycznia 2009

dojrzale?

Gdy zostajesz sama jak palec przy weselnym stole; gdy pierwszy raz jego oczy nie są pobłażliwe po Twojej głupocie; gdy zagryzasz zęby podczas jego nudnej historii; gdy już nawet nie udaje, że lubi tańczyć; gdy irytuje, że przez godzinę łaskocze pod kolanem; gdy niebo znów ma swój stary kolor, a tramwaje znowu się spóźniają - gdy życie wraca do szarości biegu a Ty wciąż masz ochotę widzieć tę twarz -to jest, zdaje się moi mili, wtedy gdy mija zakochanie a miłość pozostaje. Ciężko jest kochać tak zwyczajnie i codziennie. Zwłaszcza, gdy nigdy wcześniej się tego nie robiło. Gdy zawsze stawiało się ten mur, zwany brakiem zaangażowania. Ciężko się spierać o dwie równorzędne racje. A jednak to robimy. Wytrwale, rzeczowo, naiwnie czy zawzięcie. Cholera jasna, jak związek jest ważny w życiu i jakie to smutne, że mimo mojego dawno już osiągniętego popodlotkowego wieku dociera to do mnie dopiero teraz. Bo wstyd trochę dojrzewać dopiero wtedy, gdy ta druga połowa w głowie usadza już naszych gości weselnych i ma wybrane imiona dla dzieci. Naszych, nie tych prototypowych, co się czasem w dzieciństwie sobie w głowie roi: starszy chłopiec i młodsza dziewczynka. On widzi naszą przyszłośc z krwi i kości. I nie boi się tego. I jest mężczyżną. Czyż w komediach romantycznych nie jest na odwrót? Ale to jest nasza komedia. Co by nie dorzucić, że boska.
Spojrzałam na niego przy tym weselnym stole, w otoczeniu kilku młodych par (tych młodych, tych kilku i kilkunastodniowych) i tych, którzy przyszli z kimś, bo samemu głupio. Spojrzałam i tknęło mnie, że to już wszystko na poważnie. Że konto w banku, że oferty mieszkaniowe, że obrona w czerwcu, że pierścionek już gdzieś w sklepie, że jego oczy w moje szczerze są wpatrzone.
Narkoza zakochania została utracona, a życie wciąż cieszy. I grzeszy.