Zgodnie z tradycją w moim domu odbyło się dzisiaj doroczne pieczenie faworków (tudzież chrustu). Nie wiem dlaczego mówi się, że faworki się piecze, skoro de facto się je smaży, lecz tę frapującą myśl zostawić muszę na inny termin. Otóż musicie wiedzieć, że podział ról przy pieczeniu faworków jest ściśle określony. Kobiety zajmują się rozwałkowywaniem(?!) ciasta i nadzorują smażenie faworków - przewracanie, wyciąganie, wrzucanie - czyli wszystko to, przy czym można się nieźle poparzyć, podczas gdy dzieci tną ciasto na paski i formują faworki, natomiast te usmażone posypują mieszanką cukru pudru i cukru waniliowego. Wydarzenie jest kameralne, choć oczywiście doniosłe, bo cóż jest piękniejszego od zbieraniny rodzinnej w ciasnej kuchni, w której po pół godziny smażenia nie da się oddychać (mimo, że nawiew chodzi), a po fakcie wszyscy pachną jak jeden wielki faworek od czubka głowy po koniuszki palców (bez obaw - doroczne zmywanie z siebie pieczenia faworków też jest tradycją)
Nie zapach tłuszczu i nie konsternację językową zapamiętam z dzisiejszego pieczenia.
Otóż dzisiaj, moi mili, mama poraz pierwszy ustawiła mnie na stanowisku smażenia faworków. W jej oczach przekroczyłam magiczną granicę dzierżenia łopatki i odsączania wypieków z tłuszczu, z wszelkimi tego udogodnieniami i niebezpieczeństwami.
A gdy w oczach rodziców jawimy się jako dorośli, to nie ma odwrotu. Jest po co żyć.
piątek, 30 stycznia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz