Wybraliśmy się wczoraj z moim M. (prawie) do opery. Prawie, bo uraczyliśmy swoją obecnością Kino Kijów, w którym transmitowano na żywo operę "Orfeusz i Eurydyka" z nowojorskiego METropolitan Opera. Co prawda wszystko działo się dokładnie w tym czasie, w którym siedzieliśmy na sali kinowej, przebieraliśmy nogami na głos kobiecy, który rzeczywiście w tej właśnie chwili unosił się nad deskami opery... ale jednak kilkadziesiąt kilometrów od nas i jednak była to transmisja. W swoim dojrzałym życiu nie byłam nigdy w operze, a i ta krakowska, świeżo wyremontowana jeszcze nie gościła mnie w swych prograch, co czym prędzej pragnę nadrobić po wczorajszym wieczorze. Faktem jest, że entuzjastką "robienia" sztuk ponowoczesnych, czyli tych, które (wbrew przypisywanej sobie ideologii) opierają się jedynie na robieniu miszmaszu z kultury wysokiej i masowej, byłam jakieś 4 lata temu. Wówczas Sen nocy letniej grany na Scenie Kameralnej Starego wydawał mi się mistycznym, nowatorskim, odkrywczym objawieniem nie mających sobie równych. Byłam zachwycona łamaniem wszystkich konwencji i świętości, na barykady mogłam iść wykrzykując hasła: sztuka dla ludu! Później jednak w miarę dojrzewania mojej odbiorczej percepcji los się trochę odmienił. Zaczęłam tęsknić do patosu i konwencji sztuki wysokiej. Rozpaczliwie szukałam przedstawień zrobionych "w starym stylu", na "tradycyjną modłę", bo chciałam uczestniczyć w czymś wielkim i podniosłym, w wyprasowanej koszuli, z intelektem w stanie najwyższej gotowości, z tyłkiem siedzącym na atłasowym fotelu a nie drewnianym krzesełku.
I z tym głodem zmierzałam na operę. Niewiele brakowało abym się rozczarowała i to wcale nie dlatego, że Orfeusz nie był grany przez kastrata tak, jak to bywało począwszy od pierwszego wiedeńskiego przedstawienia z XVIII-tego wieku. Nie było baletu, był modern jazz. Nie było fraków były ciuchy z bio-bawełny. Nie było antraktów, był amor spuszczany na linie w brokatowym różowiącym się ubranku. A jednak było niesamowicie. W tej operze najważniejsza konwencja była zachowana. "Grało" wszystko! Głosy solistów, stopy tancerzy, skrzypiąca drewniana podłoga w MET. Grały zmiany dekoracji, grały twarze chorzystów, grało nawet światło, choć wiem, że to jedynie zasługa naszych czasów i postępu technologicznego.
Ale suma sumarum grało tyle, że szkoda mi było młodego koleżki, który siedział dwa rzędy przed nami i zajadał nachosy popijając pepsi.
niedziela, 25 stycznia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz