Są czasami takie dni, gdy w moim życiu jest bardzo cicho. Wstaję, gdy się obudzę. Wolno podnoszę rolety. Parzę zieloną herbatę w swoim ulubionym kubku. Nigdzie mi się nie spieszy, choć przecież zawsze jest coś do zrobienia. Mobilizacji zupełny brak. Budzę się powoli. Długo leżę pod swoim beżowym polarowym kocem oglądając głupawą poranną telewizję. Potem dwa odcinki "Przyjaciół", których wszystkie 10 serii miałam na płytach i gdzieś zapodziałam. Suma sumarum mój dzień zaczyna się w południe, gdy wyłączam telewizor i idę się ubrać. W mieszkaniu robi się bardzo cicho. Wszyscy dookoła pewnie w pracy, w szkole, na uczelni - są gdzieś, gdzie być muszą, gdzie ich niesie. Są z innymi, drugimi, bliskimi. Są z ludźmi, w gwarze, w hałasie, w świecie, w życiu. Gdzieś tam pędzą, mają cele - realne, te bliskie, te do spełnienia.
Ja jestem w ciszy. Przez większość dnia nikt nie sprawdza co robię i czy zrobię. Czas przecieka przez palce i wciąż mówię sobie: Dopiero połowa lutego. Lutego, nie marca. Na zmianę z: Matko, to już połowa lutego, od dwóch tygodni nic nie robisz! I wkrótce potem zasiadam. Może coś czytam, może coś oglądam, może z kimś piszę, może jedynie komuś piszę. W pustce szukam zbawiennego planu, który pomógłby mi działać, podczas gdy wokół inni żyją tym tzw. prawdziwym życiem - w pracy, w szkole, na uczelni... A ja czekam i świętuję każdy kolejny dzień, w którym nie usłyszę, że ktoś jest w ciąży czy że ktoś się zaręczył. Dość już tych ciąży - myślę sobie - Dopiero połowa lutego. Lutego, nie marca.
poniedziałek, 16 lutego 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz