Jest tego tyle, że nie wiem od czego zacząć. Może więc niech wszystko się układa bez logiki i linearnego porządku. Zacznę więc chyba od środka. Od świątecznego mazurka i niewielkanocnego grejfruta w czekoladzie, na które przyszedł czas po kilku dniach wiosennej krzątaniny w chłodnych objęciach słońca.
Jest tego tyle, że w zasadzie trudno opowiedzieć coś z zachowaniem ładu i składu. Może więc nie chodzi o domknięcie historii, tylko o samo opowiadanie, snucie narracyjnej melodii, wiązanie węzełków na indywidualnym kipu. A może wręcz przeciwnie, skoro wszystko dzieje się szybko, to należałoby gdzieś rejestrować i dokumentować tę zmienność. Prowadzić rejestr dynamiki własnego życia.
Wplątałam się ostatnio w kilka rzeczy nowych. W spełnianie oczekiwań innych, w nadążanie za emocjonalnym dojrzewaniem, w ogarnianie trybów kapitalizmu. Innymi słowy: noszę na palcu pierścionek, chodzę do pracy na 9, a wieczorami piszę pracę magisterską. I marzę o dniu, gdy starania moje, tak przyziemne, monotonne, bezbrawne i powtarzalne - przyniosą ze sobą coś więcej- triumf małego wielkiego marzenia - życia samodzielnego. Z satysfakcją.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz