Boli mnie dzisiaj głowa. I jeszcze kilka innych rzeczy. Ale głowa jednak najbardziej, boli mnie cholera jedna i nic na nią nie pomaga. Ani proszek, ani herbata ani nawet wódka. W gąszczu myśli bolącej łepetyny poruszam się dziś z trudem i bezproduktywnie. Jedyna opcja to jakoś stłumić te tętniące emocje i niebywały ucisk w płacie czołowym. Szukam alternatywy dla odcięcia głowy - to plan na dziś. Trzymajcie kciuki.
Niedyspozycja myślowa okazuje się być najuciążliwszą ze wszystkich możliwych. Choroba postępuje szybko. Najpierw słowem nie żegnam się rano wychodząc z domu, potem denerwują mnie studenci w autobusie (Boże, są tak głośno!) i niczemu winne dziecko na przystanku (Niech że ono się zakmnie), dzwoniąca koleżanka (Czego ona znowu chce), M. w pracy (ile razy można się pytać o to samo?) aż wreszcie staje się najgorsze. Przychodzi mój znienawidzony szef, który chce żeby wszystko było zrobione najlepiej już wtedy jak jeszcze nie wiem co to będzie... Przychodzi i mówi, że czeka go operacja, a ja głupia, przez te bolącą głowę, przez ten szereg krwi buzującej w skroniach, przez to 'BUM BUM BUM', które pobrzmiewa od sześciu godzin, ja taka właśnie zagubiona i zrezygnowana... okazałam mu współczucie.
Jeszcze się zaprzyjaźnimy! Ola boga!
piątek, 22 maja 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz