Pamiętam ją sprzed kilku lat. "Nie wierzę w małżeństwo. Pewnie się rozstaniemy, bo B chce tradycyjnego domu. Z żoną, dziećmi i obiadem - ja nie mogę mu tego dać" I pamiętam ją sprzed roku "Zaręczyliśmy się! Następnego lata ślub a zaraz potem robimy dziecko. Jego przyszłe babcie już na nie czekają". Pomyślałam wtedy, że to takie niesprawiedliwe. Banalnie spokojnie i szczęśliwe życie zawsze było moim marzeniem. Naprawdę proste i nudne rzeczy: śniadania w pośpiechu, fotelik dziecięcy w samochodzie, nocne rozmowy o przyszłości, małe cele i marzenia - codzienność kontrolowana. Właśnie wtedy, w tamtej chwili, gdy stała przede mną licealna przyjaciółka, z tą iskrą w oku, która godna była pozazdroszczenia, myślałam, że jej się to nie należy, bo nigdy o tym nie marzyła. Egoistycznie i z trudem wydusiłam jak bardzo się cieszę - w duchu słysząć - "co będzie ze mną?". Tak. Trzeba się przyznać, że trudne decyzje nigdy nie byly moją mocną stroną. Marzenia były proste i cudowne, dążenie do nich - przerażająco trudne.
To było rok temu. Rok. Wydawalo się wtedy, że zawsze będę stała w miejscu. Z tych strachem, niezdecydowaniem - z wiecznym debetem uczuć i nadpłatą oczekiwań. I dzisiaj zupełnie nie wiem jak i skąd, zastanawiam się jaka pogoda będzie w kwietniu i czy dobrze będzie nam się tańczyć do Petera Gabriela, którego mało kto zna. Umiem się cieszyć szczęściem przyjaciół, bo nie boję się już swojego własnego. Dziś myślę sobie: M. czas się przyznać. Jesteś szczęśliwa. Nie szukaj nowych problemów.
I nie szukam. Jedyne, co napawa mnie lękiem to kiczowate życzenia Panny Młodej co do gadżetów na wieczór panieński...
Jedyne, co przeraża to nowe twarze starych przyjaciół.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz