niedziela, 4 stycznia 2009

dojrzale?

Gdy zostajesz sama jak palec przy weselnym stole; gdy pierwszy raz jego oczy nie są pobłażliwe po Twojej głupocie; gdy zagryzasz zęby podczas jego nudnej historii; gdy już nawet nie udaje, że lubi tańczyć; gdy irytuje, że przez godzinę łaskocze pod kolanem; gdy niebo znów ma swój stary kolor, a tramwaje znowu się spóźniają - gdy życie wraca do szarości biegu a Ty wciąż masz ochotę widzieć tę twarz -to jest, zdaje się moi mili, wtedy gdy mija zakochanie a miłość pozostaje. Ciężko jest kochać tak zwyczajnie i codziennie. Zwłaszcza, gdy nigdy wcześniej się tego nie robiło. Gdy zawsze stawiało się ten mur, zwany brakiem zaangażowania. Ciężko się spierać o dwie równorzędne racje. A jednak to robimy. Wytrwale, rzeczowo, naiwnie czy zawzięcie. Cholera jasna, jak związek jest ważny w życiu i jakie to smutne, że mimo mojego dawno już osiągniętego popodlotkowego wieku dociera to do mnie dopiero teraz. Bo wstyd trochę dojrzewać dopiero wtedy, gdy ta druga połowa w głowie usadza już naszych gości weselnych i ma wybrane imiona dla dzieci. Naszych, nie tych prototypowych, co się czasem w dzieciństwie sobie w głowie roi: starszy chłopiec i młodsza dziewczynka. On widzi naszą przyszłośc z krwi i kości. I nie boi się tego. I jest mężczyżną. Czyż w komediach romantycznych nie jest na odwrót? Ale to jest nasza komedia. Co by nie dorzucić, że boska.
Spojrzałam na niego przy tym weselnym stole, w otoczeniu kilku młodych par (tych młodych, tych kilku i kilkunastodniowych) i tych, którzy przyszli z kimś, bo samemu głupio. Spojrzałam i tknęło mnie, że to już wszystko na poważnie. Że konto w banku, że oferty mieszkaniowe, że obrona w czerwcu, że pierścionek już gdzieś w sklepie, że jego oczy w moje szczerze są wpatrzone.
Narkoza zakochania została utracona, a życie wciąż cieszy. I grzeszy.