We wtorek zdaję egzamin z metodyki nauczania, który podobno jest trudny i stresujący, ale nie daję się zwariować i raz dziennie puszczam sobie jakiś film. Wiele lat trwa we mnie bój o to, czy film czy literatura robi na mnie większe wrażenie i wszelkie rozważania na ten temat ucinam zawsze tym samym stwierdzeniem (a może wytłumaczeniem), że nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, bo film a książka to dwa różne poziomy wrażliwości, choć i jedno i drugie dostarczać może przeżyć równie intensywnych, co i równie banalnych.
Postanowienie moje na tę sesję było jednak jednoznaczne: jeden film dziennie z tych nominowanych do Oscara, nie tylko w kategorii 'najlepszy film'. Tym sposobem widzialam już bidulkę Angelinę Jolie poszukującą filmowego syna i dwa razy dobrze grającą Kate Winslet. Dziś czas przyszedł na Obywatela Milka i muszę powiedzieć, że choć film na pewno potrzebny, to nie tak potrzebny jak doświadczenie gry aktorskiej Seana Peana. Jesli ten człowiek nie zostal gejem w ostatnich latach, to jest to kreacja aktorska dyskusji o niej warta. Naturalnie, przekonująco, prawdziwie i ludzko - tego szukam w kinie. Tego poczucia zapomnienia, że to co na ekranie to jedynie obraz filmowy a nie życie rozgrywające się za rogiem. Słowo daje, czuję jeszcze jak przemierzam ulice San Francisco, krok w krok za ramieniem Seana Peana.
sobota, 31 stycznia 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)

