niedziela, 15 lutego 2009
pokornie
W minionym tygodniu spotkałam się z marzeniem. Najpierw był dźwięk telefonu, kilka słów, potem drżenie. W głosie, w głowie, w nogach. Siedziałam w korytarzyku wydawnictwa na czerwonej i skórzanej kanapie i czułam moje marzenie. Jego zapach, jego pośpiech, jego od 8 do 16 przy komputerze z tabliczką z imieniem i nazwiskiem na biurku, z ramką na zdjęcia na twarze najbliższych, służbowym komputerem i adresem mailowym. Siedziałam i drżało we mnie marzenie. I teraz jestem przed biurkiem, i mam komputer i adres mailowy. I ramkę na zdjęcia. Tabliczkę mogę dorobić. Marzenia nie udało się spełnić. Marzenie nauczyło pokory.
Dziwny to był tydzień, pełen emocji, rezygnacji, niskiej samooceny, śniegu za oknem, herbaty w kubku. Mój lekkomyślny M. wziął mnie do zamkniętego zakonu męskiego. Jego firma kręci w nim film o powstaniu pewnego kazimierskiego zgromadzenia braci zakonnych, a ja miałam być tą ozdobą. Tą twarzą, na którą M. spojrzy po 12 godzinie pracy i która się do niego uśmiechnie. Przyniesie kanapkę. Będzie pamiętała o plastrze na bolący mały palec u nogi skaleczony w nowych butach, an które go namówiłam. Zakon to takie miejsce, w którym żyje się ciszą. W którym nie z przymusu siedzi się w bibliotece. Czyta się przy świecach. Opowiada się historie. Rozmawia się ze sobą i nie może sie już na siebie patrzeć. Chłopak z nowicjatu przez rok nie może pojechać do domu, nie ma kontaktu z innymi ludźmi, z zakonu wychodzi 2 razy w tygodniu - na zajęcia w seminarium. Mój widok był dla niego czymś interesującym. Nie byłam kobietą, którą tylko mijał na zajęcia w drodze do seminarium, ani tą zakonnicą, która przygotowuje posiłki, ani panią od łaciny czy od filozofii. Byłam tam i siedziałam w otoczeniu lamp i mikrofonów. Byłam nie robiąc nic namacalnego. Byłam wspierając i mogłam mimochodem porozmawiać z nim. Z jego światem pełnym książek w jego "celi" , z jego światem bez internetu, komórki, telewizora... bez muzyki...
Życie ma tak wiele odcieni. Są one niczym równoległe światy, bo przecież świat, w którym żyję ja, moje marzenie i nowicjusz, nie może być ten sam. Nie może. Prawda?
Dziwny to był tydzień, pełen emocji, rezygnacji, niskiej samooceny, śniegu za oknem, herbaty w kubku. Mój lekkomyślny M. wziął mnie do zamkniętego zakonu męskiego. Jego firma kręci w nim film o powstaniu pewnego kazimierskiego zgromadzenia braci zakonnych, a ja miałam być tą ozdobą. Tą twarzą, na którą M. spojrzy po 12 godzinie pracy i która się do niego uśmiechnie. Przyniesie kanapkę. Będzie pamiętała o plastrze na bolący mały palec u nogi skaleczony w nowych butach, an które go namówiłam. Zakon to takie miejsce, w którym żyje się ciszą. W którym nie z przymusu siedzi się w bibliotece. Czyta się przy świecach. Opowiada się historie. Rozmawia się ze sobą i nie może sie już na siebie patrzeć. Chłopak z nowicjatu przez rok nie może pojechać do domu, nie ma kontaktu z innymi ludźmi, z zakonu wychodzi 2 razy w tygodniu - na zajęcia w seminarium. Mój widok był dla niego czymś interesującym. Nie byłam kobietą, którą tylko mijał na zajęcia w drodze do seminarium, ani tą zakonnicą, która przygotowuje posiłki, ani panią od łaciny czy od filozofii. Byłam tam i siedziałam w otoczeniu lamp i mikrofonów. Byłam nie robiąc nic namacalnego. Byłam wspierając i mogłam mimochodem porozmawiać z nim. Z jego światem pełnym książek w jego "celi" , z jego światem bez internetu, komórki, telewizora... bez muzyki...
Życie ma tak wiele odcieni. Są one niczym równoległe światy, bo przecież świat, w którym żyję ja, moje marzenie i nowicjusz, nie może być ten sam. Nie może. Prawda?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


