Pamiętam jeszcze ten świat oglądany z kolan mamy. Wciąż widzę, jak jedziemy rowerem. Mama ma na głowie czapkę uszatkę, a ja siedzę na foteliku z tyłu. Dookoła straszny mróz, ale moja mama to dzielny bohater - najodważniejsza osoba na świecie - jedzie rowerem w wielkiej Moskwie z małą dziewczynką w wełnianych rajstopach za plecami. Pamiętam przeszywające zimno, które wymraża nozdrza. Naturalna sowiecka krioterapia. Lepię z dziećmi bałwana. Wystarczy przynieść z łazienki przedszkola trochę ciepłej wody, aby rzeźbić dowolne kształty. To cały mój świat. Mieszkanie z samowarem, starsza koleżanka z czwartego piętra, stary żółw mojego brata, który sika po sałacie. I te kolana mamy. Ciepłe i bezpieczne. Zabawa mikołajkowa ze skakaniem w workach - jakoś dziwnie bez taty, za to z Mikołajem. Gdy tata się znalazł, Mikołaj zniknął. Była ta magia. W karnawale przebrana za kota- 3 lata mama przerabiała ten strój, żebym mogła się zmieścić. Ciepłe dzieciństwo w najzimniejszej części ziemi.
Dziś obserwuję znajomych, którym rodzą się dzieci i krytycznie patrzę na dzieciństwo, które im zapewniają. Jestem surowa, choć tylko w swojej głowie i wciąż myślę sobie: zamiast do sklepu, weźcie swoje dzieci na kolana, to wiele załatwia.
Łatwo mi się mówi. Nie buduję niczyich wspomnień. Wciąż jestem tą dziewczyną, której oczy się zapalają, gdy przymierza sukienkę w kolorze fuksji. Zapełniam konto w banku, wstaję rano, piszę pracę, urządzam wieczory panieńskie i chodzę na śluby. Jestem chyba trochę smutniejsza, choć zyskuję finansową i wewnętrzną wolność - a może odkrywam?
Ale ta odpowiedzialność największa wciąż przede mną. Te oczy, które wpatrzone we mnie będą chciały poznać świat, jeszce się nie narodziły.
wtorek, 19 maja 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)

