Zbliża się chwila długo wyczekiwanego egzaminu. Już pojutrze w ręku dzierżąc stos kartek oprawionych granatowym plastikiem, usłyszę trzy pytania, które przepuszczą mnie do świata dorosłych i należycie wykształconych. Im dłużej o tym myślę, z tym większym trudem otwieram poraz ostatni wysłużony zeszyt z notatkami na marginesach. Otwieram go już od środy, gdy dowiedziałam się o ustalonej dacie... i nie otworzyłam ani razu. Nie chodzi o chęć przekory, o lenistwo, ale o jakiś wewnętrzny strach, że jeśli to zdam, to do tego etapu życia już nigdy nie powrócę. Bo choćbym zapisała się jeszcze na kilkanaście kierunków i zdobyła tyleż dyplomów, to już zawsze będę Panią, żoną, odpowiedzialną kobietą w gronie tych młodych oczu, które kiedyś tak doskonale rozumiałam. Może więc nie zdać i pozostać w tym zawieszeniu?
Zostały dwa wieczory. Dzisiaj zacznę czytać. M. podchodzi do mnie, a w ręku trzyma książkę Roberta Monroe, wg mnie kompletnego wariata, i patrzy wymownym wzrokiem, gdy zamiast otwierać notatki przeglądam "Fabrykę muchołapek". Gdy pytam go równie wymownym "Co??!!", słyszę: "Nic. Sugeruję, że zawsze trzeba się starać".

