czwartek, 4 września 2008

w autobusie już wrzesień

W autobusie widać, że to już wrzesień. Że jesień. Skończyły się urlopy, zaczęły obowiązki. Opalone twarze mieszają się z szarymi oczami. Jest duszno, wciąż ciepło, znów tłoczno. Żyje się jakoś szybciej, żwawiej, grupowiej. Miasto zapełnia się swoimi mieszkańcami, nierówno oddycha ich codziennościami. Także moimi. Decyzjami, marzeniami, lękami. Moim jutrem.
Czuję się ostatnio dobrze. Widzę wyraźniej. Bo z nadzieją. Podejmuję kroki, których się boję, ale czuję, że są słuszne. Chciałabym się nie pomylić. Bo przecież jest wspaniale. Jest szczęśliwie. Nawet moje zmęczenie, kombinowanie. Nawet pędząca godzina za godziną tego nie zmienia. Choć już dawałam się nabrać, że może tak. Że może zmienia.

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

dawka

Zażywam aspirynę. Patrzę na nią. Rozpuszcza się. Małe granulki w małej łyżeczce herbaty. Zdrowodajne.

niedziela, 24 sierpnia 2008

ciepły sweter

Zdaje się, że żeby przejść przez życie trzeba mieć ciepły sweter. Taki wełniany. Prawdziwy. Wiatroodporny. W takim swetrze wiele można zdziałać. Dziergam sobie taki sweter. Bezpieczeństwa. Każdą chwilą, którą spędzam z M., każdym nowym postanowieniem i zmartwieniem. Każdym dniem oswajania bólu. Pięknie jest. Dobrze jest. Szczęśliwie. Nie ściągam swetra.

czwartek, 21 sierpnia 2008

* * *

Myślami uciekam do zimowych wieczorów. Będą długie i ciepłe. Bezstresowe. Ubogie, ale moje. Będę nabierać sił wpatrując się w kojący beż ścian. Będę wzdychać i marzyć. Będę świętować. Łamać się opłatkiem. Uśmiechać. Będę się wzmacniać i doradzać. Jemu, rodzicom, kilku znajomym. Sobie. Uciekam, bo jest do czego. Do spokoju.

niedziela, 17 sierpnia 2008

slow dancing in a burning room

Szukamy nadziei między krakowskimi ulicami. Wtuleni w siebie. Głosy. Ludzi. Myśli. Szukamy w naszych mocno splecionych dłoniach. Szczerych nadziejach. Wielkich nadziejach.

sobota, 16 sierpnia 2008

chk chk*

Kocham go za to, że ma więcej siły ode mnie. Umie ze mną rozmawiać. Pozytywnie wziąć się za to, co w mojej głowie. Za to, że jest optymistą za nas oboje. Wierzy w szczęście u mojego boku. Do końca. Do śmierci. Wiem, że wiele nie rozumie. Choć stara się, nie jest w stanie. Wydaje mu się, że zdaje sobie sprawę, co na siebie bierze. To piękne. Ta siła. Ta wiara. Ta wytrwałość. Chcę wierzyć razem z nim.

piątek, 15 sierpnia 2008

kobiecość

Kobiecość może boleć. Dosłownie.
Gdy okazuje się, że wyniszcza mnie to, co jest częścią mnie, tracę siły. Chciałabym, żeby było inaczej, ale działa reguła akcja - reakcja: boli - słabnę. Myślę wtedy, o wszystkim, co zaplanowałam. O tej konstrukcji marzeń, która w jednej chwili przestaje być realna, bo ja jestem za słaba.
Jest M. Na razie. Nie wiem przez ile jeszcze. Odkąd jest, gorzej to wszystko znoszę. Bo jest ciężarem. Choć słodkim. Jego też to dotyka, a nieść odpowiedzialność za nas dwoje w pojedynkę, to duże wyzwanie.
Chodzę ulicami, bo muszę żyć. Mijam miejsca, które znam i przestają być bezpieczne. Słoneczne. Skuteczne. Dla mnie. Na mnie. Tak jakby przeskoczyło szkiełko w kalejdoskopie. Na to szare. Niezbyt ładne. Chciałabym, żeby to się kiedyś skończyło. I zdarza mi się w to wierzyć, wtedy kiedy nie boli. Ale nie dziś.