I już czternasty dzień grudnia. Niemożliwe, a jednak. Spotkałam dzisiaj kilka starych, znajomych twarzy. Piły piwo i uśmiechały się do mnie. Siedziały na znanych krzesłach i pośród swojskich ścian. Ale nie były moje. Niby wszystko było tak samo: Ci sami ludzie, to samo miejsce, te same puchary w górę wzniesione - w mojej głowie inaczej. Nostalgicznie i obco. Może nie powinnam była tam zaglądać. Jedynie wspomnieć.
Nostalgicznie teraz jest. Magicznie.
Smerfastycznie.
niedziela, 14 grudnia 2008
niedziela, 30 listopada 2008
ten zapach
Nareszcie spokojny wieczór we dwoje. Nie dzwoni nikt z redakcji. Nigdzie nie trzeba jechać. Zrobiłam obiad, byłam w kinie, odkryłam o nim coś nowego. Była ostra wymiana zdań i było oczyszczenie. Padło i "o co Ci chodzi" i "przepraszam" i "kocham Cię". Patrzę teraz na jego zamknięte oczy i nie mogę w to uwierzyć. Że codziennie wraca do mnie z pracy. Że śpi. Że dzwoni. Że chce we dwoje. Wciąż coś nowego. 17 miesięcy razem. 17 to chyba dużo. Jak na mnie, i jak dla mnie dużo. Dla innych pewnie nie. Kiedy to minęło? Patrzę teraz na M. jak śpi spokojnie i mam ochotę zatracić się w tym jego spokojnym oddechu. Zamykam oczy i czuję nas. Teraz, w tym pokoju, w tym naszym azylu wanilii i czekolady. Ten zapach. Nasz zapach.
piątek, 28 listopada 2008
gin z tonikiem
Czasami dzień jest tak beznadziejny, że kończy się go z nowym numerem Vivy! w jednej, i szklaneczką ginu z tonikiem w drugiej ręce. Niby nic złego się nie wydarzyło. Głowa dziwnie bolała, ktoś coś powiedział, ktoś nie przyszedł. Więc pora pofolgować sobie i nie robić niczego ambitnego. Nie pisać wierszy, nie poprawiać literówek, nie sprawdzać nerwowo maila, nie oglądać estońskiego filmu o przemocy wśród grupy rówieśniczej młodzieży w wieku licealnym.
Nic, tylko Viva! i ja, a na wyciągnięcie ręki gin z tonikiem. Bo profilaktyka musi być.
Nic, tylko Viva! i ja, a na wyciągnięcie ręki gin z tonikiem. Bo profilaktyka musi być.
poniedziałek, 24 listopada 2008
a imię jej 30 i... 3
Śnieg skrzypiał pod butami, gdy wracałam z ostatniego filmu Szumowskiej. I ciężko się szło, ale jeszcze gorzej się myślało o tym, co się zobaczyło. I była refleksja. Pojawiała się co chwilę. Ta sama, ale zgoła jakby odmienna. Podobna do poprzedniej, choć nieco odległa. Tak mglista, jak i przejrzysta. Jak złożona, tak i prosta.
Piszę czasem na tym blogu, bo zdarzają się chwile gdy siadasz i po prostu musisz. Bo długopis nie wystarcza, bo telefon to nie to samo. Bo ktoś wie i jednocześnie nie wie nikt. To co dopowiedzanie, zawsze jest wirtualne, i choć prawdziwe to można to cofnąć. Erase and rewind. Ale kręcić o sobie film i go pokazywać to jest dla mnie kaliber niewyobrażalny. To jest katharsis i robienie pieniędzy tak silnie pokręcone i nagięte, że stoją nad przepaścią dobrego smaku, bo granicę dawno gdzieś przekroczyły.
Dobra była ta opowieść i smutna i ciężka jak te kroki moje w drodze powrotnej. Ale niedosyt pozostał. I refleksja nad przepaścią dobrego smaku.
Piszę czasem na tym blogu, bo zdarzają się chwile gdy siadasz i po prostu musisz. Bo długopis nie wystarcza, bo telefon to nie to samo. Bo ktoś wie i jednocześnie nie wie nikt. To co dopowiedzanie, zawsze jest wirtualne, i choć prawdziwe to można to cofnąć. Erase and rewind. Ale kręcić o sobie film i go pokazywać to jest dla mnie kaliber niewyobrażalny. To jest katharsis i robienie pieniędzy tak silnie pokręcone i nagięte, że stoją nad przepaścią dobrego smaku, bo granicę dawno gdzieś przekroczyły.
Dobra była ta opowieść i smutna i ciężka jak te kroki moje w drodze powrotnej. Ale niedosyt pozostał. I refleksja nad przepaścią dobrego smaku.
wtorek, 4 listopada 2008
odwieczny problem
Listopad a ja w letniej sukience. Wełnianych rajstopach, ale sukience letniej. I czuję się trochę jak w lecie. Lekko, żwawo, radośnie do przodu. Miła odmiana po kilku ostatnich tygodniach.
Zaczęłam się bawić w dziennikarstwo. Dziwna sprawa. Zawsze wydawało mi się, że wiem o co w tym chodzi i chcę to robić. Teraz? Lekka konsternacja. Nie chodzi tylko o to, że dzisiaj trzy godziny spędziłam na konferencji poświęconej uprawie ziemniaka. Chodzi o rzeczywistość. O to, jak łatwo nią manipulować i jak trudno jest ją oddać. Mimesis. Odwieczny problem. Nawet, gdy chodzi tylko o ziemniaki.
Zaczęłam się bawić w dziennikarstwo. Dziwna sprawa. Zawsze wydawało mi się, że wiem o co w tym chodzi i chcę to robić. Teraz? Lekka konsternacja. Nie chodzi tylko o to, że dzisiaj trzy godziny spędziłam na konferencji poświęconej uprawie ziemniaka. Chodzi o rzeczywistość. O to, jak łatwo nią manipulować i jak trudno jest ją oddać. Mimesis. Odwieczny problem. Nawet, gdy chodzi tylko o ziemniaki.
piątek, 31 października 2008
szafa próżności
Zaczynam życie w odcieniach beżu i czekolady. Takie, jakie od kilku lat chciałam mieć. Centralne w nim miejsce zajmuje duża, trzydrzwiowa szafa.
Moja szafa próżności.
Pamiętam, że gdy byłam mała, lubiłam się otaczać ładnymi przedmiotami. Zbierałam figurki, kamyki, kasztany, karteczki, kolczyki, ołówki, frotki... byłam totalną chomikarą i graciarą, a wszystko chowałam do szafy. To były moje ładne przedmioty. Gdy trochę podrosłam, miejce bibelotów zajęły ubrania. Stylowe, zwyczajne, śmiałe, kiczowate. Ich zbieranie i wyszukiwanie stało się pasją. Taką kobiecą i próżną równowagą dla ciągłego czytania książek i braku zainteresowania telewizją. A że nie miałam wówczas prawie żadnych środków finansowych, realne odpowiedniki mojej próżności pochodziły z różnych miejsc - szaf, wieszaków, tanich półek sklepowych... Kupowałam i przerabiałam. Szukałam próżności. Futerko w panterkę, szyfonowa etola, ukochany militarny sweter, wiernie wytarte sztruksy. Przywiązywałam się do tych szmatek i w nich lokowałam swoją fantazję.
Kilka tygodni temu dokonało się kolejne przewartościowanie. Tknęło mnie dzisiaj. Mniej zbieram, mniej kupuję, coraz mniej w mojej szafie próżności. Mniej chyba też tej fantazji - choć może ulokowałam ją po prostu gdzie indziej, tylko jeszcze nie wiem gdzie.
Bo szafa w kolorze beżu i czekolady jest duża, przepastna i trzydrzwiowa...
Moja szafa próżności.
Pamiętam, że gdy byłam mała, lubiłam się otaczać ładnymi przedmiotami. Zbierałam figurki, kamyki, kasztany, karteczki, kolczyki, ołówki, frotki... byłam totalną chomikarą i graciarą, a wszystko chowałam do szafy. To były moje ładne przedmioty. Gdy trochę podrosłam, miejce bibelotów zajęły ubrania. Stylowe, zwyczajne, śmiałe, kiczowate. Ich zbieranie i wyszukiwanie stało się pasją. Taką kobiecą i próżną równowagą dla ciągłego czytania książek i braku zainteresowania telewizją. A że nie miałam wówczas prawie żadnych środków finansowych, realne odpowiedniki mojej próżności pochodziły z różnych miejsc - szaf, wieszaków, tanich półek sklepowych... Kupowałam i przerabiałam. Szukałam próżności. Futerko w panterkę, szyfonowa etola, ukochany militarny sweter, wiernie wytarte sztruksy. Przywiązywałam się do tych szmatek i w nich lokowałam swoją fantazję.
Kilka tygodni temu dokonało się kolejne przewartościowanie. Tknęło mnie dzisiaj. Mniej zbieram, mniej kupuję, coraz mniej w mojej szafie próżności. Mniej chyba też tej fantazji - choć może ulokowałam ją po prostu gdzie indziej, tylko jeszcze nie wiem gdzie.
Bo szafa w kolorze beżu i czekolady jest duża, przepastna i trzydrzwiowa...
poniedziałek, 27 października 2008
dziennikarski warsztat językowy
Czytam, bo wciąż uważam, że wiem zbyt mało. Denerwuję się, bo wiem, że czyha na mnie pułapka wielozadaniowości: brak profesjonalizmu. Nie wiem czy kiedykolwiek nauczę się pisać dobry lead. Zainteresować, przykuć uwagę, sprzedać.
"To takie smutne, że dzisiaj sprzedaje się opakowania" - powiedział wczoraj M., gdy rozmawialiśmy o projektowaniu i cenach okładek do książek. Mówiłam o tym z takim zapałem, wymieniałam numery z wzornika Pantone i Cmyka, tworzyłam ich kombinacje, stopień nasycenia koloru, efekt dla ludzkiej rogówki... analizowałam stopień pokrycia folią, drobinkami złota (koniecznie na tytuły ukazujące się przed świętami!), mówiłam i mówiłam, a M. na to właśnie te słowa: " dzisiaj sprzedaje się opakowania". Ja jeszcze lubię ten moment, gdy biorę nową książkę do ręki. Ona ma dla mnie przede wszystkim treść, choć barwę przecież też. Ale to racja, chcę siedzieć w biznesie, który sprzedaje opakowania, nie myśli.
Myśli swoich sprzedawać się nie opłaca. I dosłownie i w przenośni.
"To takie smutne, że dzisiaj sprzedaje się opakowania" - powiedział wczoraj M., gdy rozmawialiśmy o projektowaniu i cenach okładek do książek. Mówiłam o tym z takim zapałem, wymieniałam numery z wzornika Pantone i Cmyka, tworzyłam ich kombinacje, stopień nasycenia koloru, efekt dla ludzkiej rogówki... analizowałam stopień pokrycia folią, drobinkami złota (koniecznie na tytuły ukazujące się przed świętami!), mówiłam i mówiłam, a M. na to właśnie te słowa: " dzisiaj sprzedaje się opakowania". Ja jeszcze lubię ten moment, gdy biorę nową książkę do ręki. Ona ma dla mnie przede wszystkim treść, choć barwę przecież też. Ale to racja, chcę siedzieć w biznesie, który sprzedaje opakowania, nie myśli.
Myśli swoich sprzedawać się nie opłaca. I dosłownie i w przenośni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

