czwartek, 7 sierpnia 2008
pocięty i śnięty
Mój M. jest już bez migdałków. Leży w szpitalu. Zakochał się w znieczulających kroplówkach ;) Ciekawe to było doświadczenie dla nas obojga. Wstałam o niebotycznej godzinie, żeby pójść z nim na przyjęcie do szpitala. Towarzyszyłam przy wszystkich badaniach. Przyniosłam ostatni (przed okresem długiej diety) obiad(rosół i chińszczyzna a kuchnia wyglądała jakbym przyrządzała dziesięć dań ze stada bizonów). Przytulałam, pocieszałam, całowałam. Następnego dnia rano trzymałam go za rękę aż nie ścięło go znieczulenie. Zmywałam krew z twarzy zaraz po zabiegu. Wymieniałam gaziki, gdy kaszlał krwią. Męczyłam pielęgniarki, gdy nie spadała mu gorączka. Ja. I nowe pokłady wrażliwości. Więc tak to jest jak ma się dziecko? Nieustanne myślenie instynktem opiekuńczym. Dzisiaj lżejszy dzień. Idę dopiero w godzinach odwiedzin. M. może "zjeść" swój pierwszy posiłek. Pitny jogurt naturalny ;) Muszę mu jeszcze naznosić wody i nowego Focusa. Dziewczyna - polka ze mnie normalnie. Skąd tyle ofiarności? Cholera, to jednak miłość jest ;)
wtorek, 5 sierpnia 2008
miasto budzi się
Przed 6 rano Kraków potrafi zaskoczyć. Ukrop w autobusie, gwarny ruch na ulicach. Już jasno, piekarnie otwierają swe podwoje. Można kupić świeżą bułkę, rozdać pierwszy uśmiech. Ludzie dzielą się na tych, którzy chwiejnym krokiem wracają z imprezy dnia poprzedniego i tych, którzy gnają do pracy. Dla nich dzień już trwa. Już myli zęby, już się pocą. W rękach niosą nesesery, siatki, torebki mają na ramieniu, psy na smyczy, precle w reklamówkach, kawę w jednorazowym kubku. Latarnie niemrawo przygasaja, choć nikomu już od godziny nie są potrzebne. Brzask przyniósł światu samowystarczalność. Ludzie tłoczą się przy kleparzu. Śmierdzą. Może dziś zarobią parę groszy. Może kupią chleb i wino. Pokarm bogów i Boga. Od zawsze. Może rybka drugiej świeżości gdzieś w okolicy zalega. Może to, może tamto. Ja mknę, świeże bułki w ręce, woda w torebce. W myślach niepokój. Trwa.
poniedziałek, 4 sierpnia 2008
ostatnio
Ostatnio nie chciało mi się nic pisać. Zwyczajnie. Nie chciało. Wszystko się ułożyło i czas zaczął szybciej płynąć. Pełne półobroty. Bo ja gdzieś w tym wszystkim, w środku, ale na zewnątrz. Półświadome półobroty.
niedziela, 3 sierpnia 2008
oda do leniwej niedzieli
Lubię, gdy dzień zaczyna się wolno. Gdy budzę się zmięta, bo on znowu rozpychał się w nocy. Gdy patrzę na jego twarz. Tak spokojną, śpiącą, męską, moją. Lubię, gdy chodzimy w pidżamie do południa. Robimy jajecznicę. Kłocimy się o to, kto pozmywa. Ktoś zadzwoni, ktoś przeszkodzi. O niczym nie trzeba myśleć na poważnie. Chyba, że o nas. Głosach, ciałach, postanowieniach. Byle do przodu. Byle do października.
niedziela, 13 lipca 2008
piszę na tle nerwowym
Jutro wieczorem zmęczona położę się spać. Będę po długim i ciężkim dniu. Będzie mi szumiało w głowie. Będę odprężona. Cokolwiek by się nie stało odsunę od siebie traumę na jakiś czas lub na zawsze.
Jutro wieczorem znowu wrócę myślami do niego. Do nas. Do planów i nadziei. Zwykłych i nie zwykłych. Dni.
Jutro wieczorem znowu wrócę myślami do niego. Do nas. Do planów i nadziei. Zwykłych i nie zwykłych. Dni.
sobota, 12 lipca 2008
piątek, 11 lipca 2008
żeńskie rymy nocy lipcowej
Idź do niej. Tak. Tam.
Obejmij. Ogarnij. Strach niesiony w torebce.
Aksamitnej poduszce pod głową nie brak niczego prócz snu.
Obejmij. Ogarnij. Strach niesiony w torebce.
Aksamitnej poduszce pod głową nie brak niczego prócz snu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

