środa, 7 października 2009

sąsiedztwo

Bliskie sąsiedztwo akademików nieubłaganie przypomina jak wiele we mnie niezamkniętych rozdziałów. Poszatkowane myśli, nostalgiczne wspomnienia, niebezpieczne sentymenty, nienapisane prace i nieodebrane dyplomy. To wszystko moje newralgiczne punkty.

Okazuje się bowiem, że nie jest łatwo "tylko" napisać pracę magisterską i "tylko" pracować, a mimo tego rok rocznie ten błąd popełniają tysiące młodych ludzi. Widzę ich twarze w porannym tłoku na przystanku. Są roześmiani. Są beztroscy. Przywieźli ze sobą do Krakowa jesień i zabierają mi coś więcej niż siedzenia i tlen w autobusie. Odnajduję się w ich oczach, wciąż zaskoczona tym, jakiego znaczenia z wiekiem nabierają słowa "tylko" i "aż". A przecież wciąż odznaczam się tak młodym wiekiem...

czwartek, 24 września 2009

poza miłością

M. zdaje się być uczulony na wszystko poza miłością. Tak oto, po moim półrocznym marudzeniu, zdecydował się na testy alergiczne i, o ironio, sama sobie mogę podziękować za to, że teraz cierpię i ja. M. zamienił się bowiem w kichającą i prychającą maszynę rozpaczliwie czekającą na sprawny serwis. Jego nos, niczym stara lokomotywa, świszczy niemiłosiernie o każdej porze dnia i nocy, nawet wówczas, gdy zazwyczaj załzawione oczy smacznie śpią. Potęgują się w M. alergie, które chcemy złapać i ukarać odczulaniem za to, że zakłócają chwile naszego błogiego, zapracowanego życia niczym nieproszony gość, którego niezręcznie wyprosić. Efektem ubocznym jestem ja - alergicznie reagująca na prychającą prozę życia.

poniedziałek, 21 września 2009

o czasie

Wy nie wiecie a ja wiem jak słodko mija czas, gdy szczęście miesza się z tremą. Niezdrowa ekscytacja z ostatnich dni rozmyła się na szarym siedzeniu w poniedziałkowym autobusie. Obserwuję mojego M., który kilkanaście razy dziennie spogląda na swoją dłoń i rośnie we mnie duma. Bo za każdym razem, gdy patrzy na palec, patrzy trochę i na mnie. I choć jeszcze trochę przerażeni i niepewni, to jesteśmy tak szczęśliwi brodząc pośród niejasności kont bankowych, prowizji i stóp procentowych.

Na prozę życia pozostaje niewiele czasu, a jednak wciąż i nieprzerwanie szukamy chwili oddechu wśród przyjaznych nam twarzy, dźwięków odkręcanych butelek i zapachów cytrynowego ciasta.

poniedziałek, 7 września 2009

jesień

Nadszedł czas, aby publicznie wyznać, że jesień jest porą roku, którą stawiam ponad wszystkie inne. Nie wiosna, która kusi zielonymi pąkami, nie lato, które ciepłymi promieniami słońca pieści moją skórę, ani zima, która mrozem szczypie moje okazałe policzki, a właśnie jesień. Ta pora tak znienawidzona przez wszystkich, zmienna, wietrzna i słoneczna, tak podobna do mnie...

To zadzwiające ile może się wydarzyć w ciągu miesiąca.  Ile miejsc można zwiedzić, decyzji podjąć, pieniędzy pożyczyć a uczuć okazać. Życie niebezpiecznie przyspieszyło tempo i wciąż mocno zarzuca na zakrętach. A my z M. na zmianę, pełni euforii i endorfiny, przytłoczeni i zasmuceni ogromem decyzji. Jak widać nawet szczęśliwe zmiany mają swoją wagę i trzeba umieć szczęście udźwignąć.

czwartek, 13 sierpnia 2009

12 szklanek

Kupiłam 12 szklanek do mieszkania, którego nie mam. Nie wiem nawet gdzie jest, bo jeszcze go nie znalazłam.
Ostatnie dni mijają w migawkach przekraczanych progów i otwieranych drzwi.

Jaka jest forma własności? Ile bierze pośrednik? Jaki jest stan instalacji? Czy sąsiad Państwa nie zalewa? Ile wynosi czynsz? (...)

Nie zapamiętuję już twarzy, do których kieruję te pytania. Nie zwracam uwagi na oczy, które wodzą za mną, gdy w pełni zdystansowana oglądam pomieszczenia mające stać się moim nowym domem. Naszym domem.
Wydarzenia ostatnich dni i fakt, że moim aktualnym marzeniem jest życie na kredyt przez najbliższe dwadzieścia lat boleśnie uświadamiają mi, że dzisiejszy świat naprawdę stoi na głowie. A ja wraz z nim.
 

wtorek, 21 lipca 2009

nigdy w życiu!

Gdyby ktoś kiedyś powiedział, że jedną z moich ulubionych sentencji będzie zdanie wypowiedziane przez Katarzynę Grocholę, odpowiedziałabym donośnym "nigdy w życiu!" i perlistym śmiechem. I oto jestem dziś. Słyszę w głowie: "Życie przynosi nam to, czego potrzebujemy, nie to, czego chcemy". Widzę Grocholę na wiklinowym fotelu w jej zadbanym, rozległym ogrodzie. Siedzi uśmiechnięta i opowiada o swojej najnowszej książce cukierkowej prezenterce programu weekendowego. Jej braków w lekturze zarzucić nie można, prezenterce i owszem. Słucham tej rozmowy, jakże marketingowej i wyreżyserowanej, patrzę na kota, który leży na Grocholi kolanach, na jej dłoń, która tak wolno go głaszcze, dźwięczy mi w głowie jej zachrypnięty głos i wibratto niczym po trzech dniach picia tequili. No i jest ta jedna perełka. Wyrwało jej się.
Tak jest rzeczywiście. Wszystko, co robię i co się w moich oczach nie udaje, wychodzi mi na dobre. Prędzej czy później, nawet po wielu łzach. Patrzę na M. i widzę, że jego myśli też zatrzymały się przy tym zdaniu.
A to ci Grochola...

poniedziałek, 20 lipca 2009

* * *

Spotykamy się zawsze po latach i zawsze na chwilę. Rozmawiamy o tym, jak życie nas zmieniło. Gdy nasze stopy wolno dotykają płytek chodnika, a oczy leniwie krążą dookoła zielonych alejek, czas na chwilę zatrzymuje się w miejscu. Dobrym tematem jest wszystko, co nas dotyczy: opakowanie soku i złamane serce. Mówię bez przerwy, bo zaraz się rozejdziemy, a trzeba wyrazić jak najwięcej, aby usłyszeć wystarczającą ilość słów pokrzepienia. Karmimy się dobrą radą i rozchodzimy z uśmiechem wspominając naiwne lata pośród różnych kolorów włosów i częstych łez. Żegnam Cię zawsze z nadzieją, że spotkam znowu. Dziękuję E.